30.09.2016
piątek

Nie o piękno chodzi, lecz o zdrowie

30 września 2016, piątek,

Gazeta daje tytuł na pierwszej stronie: Małe szpitale nie są już piękne. To tytuł tekstu o pomyśle sieci „pełnowymiarowych” szpitali, które maja być finansowane z NFOZ, podczas gdy te małe, bez oddziału ratunkowego, bez nocnej i świątecznej pomocy, bez skojarzonych ze sobą oddziałów szpitalnych i przychodni mają być pozbawione finansowania z tego źródła. Owszem, będą mogły aplikować w konkursie, ale co innego móc się ubiegać, co innego mieć. Obok duża fotografia – zapowiedź materiału w Magazynie Stołecznym, istotnego, bo o masie krytycznej (rowerowej) i walce o miasto dla ludzi. Ranga tekstu o szpitalach jest więc wybita.

Nie podoba mi się to, co czytam o tym pomyśle z arcyistotnej przyczyny, mianowicie, że szpitale, które spełnią wymagania skali (bo do tego się pomysł ministerstwa sprowadza) i znajdą się w sieci otrzymają ryczałt na tylu chorych, ile przyjmują teraz. Co oznacza, że wydłużą się kolejki i dla wielu chorych bramką do szpitala stanie się, jeśli nie ich prywatna kasa, to stan zagrażający życiu. A więc, jak wynika przynajmniej z tych ochłapów wiedzy jakim dzisiaj dysponuję, celem, chyba jedynym, który da się policzyć, są oszczędności a nie jakość diagnozy i terapii.

Chcę podzielić się dzisiaj, z pozycji obserwatora polityki, a nie specjalisty od organizacji systemu publicznej opieki medycznej i kiedy jeszcze właściwie nic nie wiem o ministerialnym projekcie, dwiema uwagami. Pierwsza odnosi się do ministerstwa, druga do Gazety.

Szpitalnictwo i leki to dwa wielkie centra publicznych wydatków na zdrowie. Dzisiaj tematem jest szpitalnictwo. Oczywiste jest, że minister zdrowia musi analizować efektywność publicznych wydatków na szpitale mając za kryteria: jakość, dostępność i koszty tworzonych przez niego systemów. Kiedy rusza się ten temat, o szczególnej przecież wrażliwości, nie można zdać się na przypadek w prezentacji własnych propozycji zmian. Po pierwsze dlatego, ze każda zmiana organizacyjna jest w polityce bolesna już wyłącznie z uwagi na to, że jest zmianą. Ludzie przyzwyczajają się, a zmiana, jakakolwiek zmiana, narusza ich poczucie bezpieczeństwa, bo nauczyć się muszą nowych reguł. W przypadku publicznej opieki zdrowotnej dotyczy to wielkiej wagi tematu (życie), ogromnej masy ludzi (wszyscy) i na dodatek splotu różnych, często ze sobą skonfliktowanych interesów. Szpitale to miejsce zarobkowania masy ludzi, w niektórych miejscowościach, dla wielkiej części z nich, miejsce bezalternatywne. W wielu samorządach, dla ich organów, dla władzy szpitale mają podwójne znaczenie: są zasobem miejsc pracy, w niektórych miastach powiatowych jest to największy pracodawca i prestiżu oraz, z uwagi na wyborców, własnych szans życiowych politycznych elit. Starosta w kilkunastotysięcznym mieście powiatowym w pięćdziesięciotysięcznym powiecie nie pozostanie na swoim stanowisku, gdy „nie obroni” szpitala. Zwłaszcza, gdy sąsiedni, o podobnym potencjale, szpital obroni.

Co do Gazety. Ma najwybitniejszą, moim zdaniem, znawczynię w tej dziedzinie. A wybija tytuł: „Małe szpitale nie są już piękne”.

O.k. Są pewne dziedziny medycyny, w których małe, wręcz intymne kliniki mają uzasadnienie. Położnictwo, psychiatria, ginekologia. Jednak, w czymś co nieelegancko nazwać można powszechnym, szpitalnym zabezpieczeniem potrzeb mieszkańców „małe” szpitale mogą, rzecz jasna pozostać piękne, ale, ze względu na kryterium jakości świadczeń, będą kontr produktywne zarówno, jak idzie o bezpieczeństwo pacjentów, jak z uwagi na koszty. Statystyka! Zakładam, prawdę pisząc nie potrafię oszacować – na ile na wyrost, że mamy dzisiaj dostatecznie już zestandaryzowane procedury terapeutyczne. Ocena jakości wymaga jednak statystyki. Szpital robiący trzydzieści operacji rocznie na otwartym sercu nie ma szansy (chyba, że idzie o Doktora Wilczura, ale kiedy żył Doktor Wilczur nie robiono jeszcze takich operacji) konkurować ze szpitalem, gdzie takich operacji robi się dwa tysiące rocznie. Idzie o jakość. Czyli życie. Bardzo konkretna rzecz.

Realna, a więc ta, która po prostu jest sieć szpitali opiera się na powiatach, jako organizatorów szpitali. Powiaty! Nie tylko o szpitale chodzi. Powiaty, z ich funkcjami, to epoka furmanki, albo kolaski jak idzie o ziemiaństwo. Na pewno nie gładkich szos i helikopterów. To, co bardzo istotne, to właśnie oddziały ratunkowe. Dziwicie się, Gazeto, że dla ministra zdrowia to warunek, by szpital znalazł się w sieci? Nie rozwijam się. Za mało wiem. Ministerstwo, jak to jest w Polsce, pod naciskiem na efekt coś tam powiedziało. Czyli raczej spaliło niż otworzyło dyskusję. Jak na razie, to zjednoczyło przeciwników jakichkolwiek zmian. Pacjentów, którzy wciąż nie wiedzą, że życie nie jest bezcenne (a nie jest!), starostów, którzy do upadłego bronić będą nawet wprost śmiertelnych oddziałów w „swoich” szpitalach, pracowników, których prestiż i kasa jest, gdzie jest.

Nie tak reformuje się służbę zdrowia, w dzisiejszym szczególe – szpitalnictwo. Polityka, na tym poziomie, naprawdę mija się z sensem.

29.09.2016
czwartek

Partyjny folwark

29 września 2016, czwartek,

Polska jest dla partii politycznych folwarkiem, który wyborcy stosownie głosując, wypuszczają im w arendę. Każda kolejna ekipa, i nie jest to zwrot retoryczny, rozwija ten proceder.
Czytaj całość »

26.09.2016
poniedziałek

Talent porozumienia, gen podziału

26 września 2016, poniedziałek,

W procesie „okrągłego stołu” (żadne inne pojęcie odnoszące się do polskiej polityki w nowożytnej historii nie ma tak dobrej marki w świecie), jak rozumieli ten proces jego twórcy i tak, jak został zrozumiany przez świat poza Polską, chodziło przede wszystkim o wynegocjowanie zasadniczego ograniczenia władzy w pełni autorytarnego i w ćwierci totalitarnego reżimu, a w bliskiej perspektywie też o wolne wybory i o gwarancje pluralizmu, jaką miała być legalizowana w wyniku tego porozumienia „Solidarność”. I taka właśnie była dla „Solidarności” hierarchia wewnętrznej organizacji „Okrągłego Stołu”. Najważniejszy był tam dla nas zespół związkowy.
Czytaj całość »

15.09.2016
czwartek

Kiedy wyborca PiS powie DOŚĆ!

15 września 2016, czwartek,

Nie PiS dwie Polski stworzył. One były „od zawsze”. Są dziedzictwem upadku Polski w XVIII wieku i braku własnej państwowości, konsekwencją odstawienia nas na europejską bocznicę. Nie tylko o politykę chodzi, a nawet nie o nią przede wszystkim. Chodzi o mentalność, o elity, o kulturę, w której pierwiastek racjonalny był, by przetrwać, wyparty przez: mity, zmyślenia, legendy, marzenia senne. I dramat wiejskiej biedy na dodatek. Jakieś znaczenie być może miało też i to, skąd brały się elity polityki już własnej, albo prawie własnej państwowości. I te międzywojenne, i te PRL-owskie. Tak różne, a tak podobne. Jak i teraz, w jakiejś mierze, te pisowskie i te pezetperowskie. Ten kod kulturowy! To jest sprawa motywacji i sprawa kompetencji do rządzenia. Dominujących kanałów awansu. Ta dwoistość polskości jest też dziedzictwem zacofania gospodarczego i kształtu społecznej struktury oraz jej wpływu na wartość najważniejszego z kapitałów – kapitału ludzkiego.

Dzisiaj ten dwójpodział jest szczególnie bolesny. Koncentruje uwagę obywateli i przywództwa na sprawach, które są – z punktu widzenia miejsca w świecie, kryteriów cywilizacyjnej konkurencji, szans i zagrożeń ważących na losach, także tych pojedynczych ludzi – bez znaczenia. Ten dwupodział nie buduje perspektywy dobrej przyszłości w czasie swoistego okna transferowego wciąż dla Polaków szeroko otwartego, kiedy jest czas na zmiany, na modernizację, na podciągnięcie się. Obawiam się, że ten beznadziejny, wyczerpujący wszystkich konflikt trwać będzie do czasu, kiedy to okno się zatrzaśnie. Odnajdziemy się wtedy znów tam, gdzie od wieków jesteśmy – w Europie, ale na kulturowych, na cywilizacyjnych jej peryferiach. Czyli na właściwym kulturowo swoim miejscu. Geograficznie w Europie. Gospodarczo, społecznie, politycznie – na jej dzikich polach. Powie wtedy ktoś o nas, o żyjących dzisiaj pokoleniach: „miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór…… ostał ci się ino sznur”. Poeci miewają rację.

Taki będzie skutek marnotrawienia czasu, który wymaga elementarnej zgodności, konsekwencji. Który wymaga planów działań przekraczających czas parlamentarnych kadencji, a nawet żywot partii. W naturalnych dla demokracji okolicznościach – zmian ekip rządzących. Tego nie ma. Partia PiS zaoruje wszystko, co nie jej chwale służy, a zaorać się da. Ma dobre referencje. Poprzednicy też to robili, może trochę skromniej. I stąd dramat miernej roli opozycji. Brak jej wiarygodności. Brak odwagi. To są naprawdę i bez specjalnej złośliwości tłuste karpie w zamulonym stawie.

Nie ma wspólnoty, dobra wspólnego. Nie ma narodu! Owszem, jest mit narodu, ale to nie naród. Kiedy Tadeusz Mazowiecki ogłosił we wrześniu 1989 zrzutkę narodową, zebrał tyle, co gmina żydowska w przysłowiowym Springfield, Wisconsin. Jest instrumentalizacja patriotycznych haseł i ich zawłaszczanie – odbieranie innym prawa do miłości ojczyzny. Pisał już ktoś (w 1981): „Za frazeologią i rekwizytornią miłą przeważnie Polakowi – czają się przeważnie cyniczni socjotechnicy, którzy patrzą, czy ryba bierze na ułańskie czako, na husarskie skrzydło, na powstańczą panterkę”. Szczególnie aktywny w tej robocie jest Kościół. Faryzejski, jak chyba nigdy wcześniej. A to oznacza brak powszechnego autorytetu zdolnego przywołać do pionu w momencie zagubienia. Jest wspólna, wyglądająca na zmowę (choć nie wierzę, że to zmowa) działalność: polityków, biskupów, redaktorów pism i stacji dla likwidacji jakiegokolwiek w Polsce autorytetu. W jednym worku zmyślonej przez kogoś, a przez innych podchwyconej hańby może znaleźć się każdy. Powiedzieć zaiste można wszystko. I to działa. Tam, gdzie prawo nie ma instrumentów by reagować, jedynie kanon przyzwoitości może wypełnić lukę. O czym gadać w obliczu milczenia „wielkich polityków”, kiedy na warszawskich wojskowych Powązkach, przy akowskich krzyżach, wybuczano Władysława Bartoszewskiego, a profesor KUL-u pomówił go o niegodziwości tak wielkie, że sam teraz nie uniesie w grobie swej hańby? Prawica milczała. Biskupi dojący swe łańcuchy i międlący w ustach wzniosłości – też.

Jak takie społeczeństwo ma zwycięsko przejść czas wielkiej próby? Kiedy wszystko właściwie się zmienia. Kiedy nie ma oczywistych dróg. Kiedy w ziemię wdeptano autorytety i tych, którzy cokolwiek w życiu konkretnego zrobili. Polakom nie jest potrzebny sąd, by skazać na wygnanie.

Partia Prawo i Sprawiedliwość wygrała wybory. Wyposażona jest w mandat do tworzenia prawa w ramach obowiązującej konstytucji. Nie ma mandatu dla jej zmiany. Nie stworzyła wokół jakiegokolwiek projektu zmiany konstytucji koalicji w parlamencie. Tworzy, mimo to, bezprawnie prawo antykonstytucyjne.

Konstytucja to nie wymysł inteligenckich pięknoduchów. Konstytucja to ramy polityki, zachowań państwa, praw i wolności obywateli, w ramach których żyjemy i budujemy swą przyszłość korzystając z dobrodziejstw politycznej konkurencji a poprzez mechanizmy wyborcze uzyskując możliwą więź obywateli i państwa. Wywracanie konstytucji, gwałt na niej dokonywany jest likwidowaniem tych ram, kreowaniem chaosu, niepewności, alienacji i lęku o przyszłość. Przy okazji gwałt na konstytucji niekorzystnie zmienia wizerunek Polaków jako narodu przewidywalnego i obliczalnego, takiego, który sam potrafi sobie radzić w kryzysie, którego zbiorowe decyzje przeprowadzane w ramach powołanych instytucji oparte są na mocnych prawnych i rozumowych przesłankach. Dzieje się to w sytuacji dla naszych europejskich partnerów wysoce niekomfortowej.

Europa jest w kryzysie. Szuka wyjść, ale, póki co, nie potrafi ich znaleźć. W różnych europejskich społeczeństwach rodzi się sceptycyzm już nie tylko do konkretnych polityk Unii, ale i do zasad, a nawet do jej formy instytucjonalnej, do Unii Europejskiej. Europa, tak mi się zdaje, nie upadnie. Ale jej główni polityczni aktorzy są w stanie najwyższego niepokoju. Muszą coś zrobić dla ratowania projektu, który przyniósł Europie pokój po katastrofie pierwszej połowy XX wieku. Także z uwagi na wybory, które każdego dotyczą i każdego ograniczają. Polski nikt z Unii nie wykopie. Ale nasza pozycja już nawet nie topnieje, ona zdążyła w czasie roku rządów politycznego geniusza stopnieć. Po roku rządów PiS mamy totalną klęskę naszej międzynarodowej, specjalnie zaś europejskiej polityki. Z państwa grającego z sukcesem wyższe stawki niż karta pozwalała, staliśmy się znów wschodnioeuropejskim dziwadłem. W największym skrócie: postawienie na Wielką Brytanię, która zdążyła w referendum zadecydować opuszczenie Unii, anse wobec Niemiec, jakieś dziecinne, kompromitujące autorów koncepcje międzymorza, oszukiwanie, doraźne i bez pomysłu Parlamentu Europejskiego i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki w kwestiach, w których, także z uwagi na naszą historię nikt nie ma ochoty na żarty, stanowisko wobec uchodźców konfliktujące nas z Włochami i Grecją, żadnego pomysłu na Federację Rosyjską za to marsowe miny ministra od wojny, które oczywiście śmieszą (nie ma przyrządu którego skala wytrzymałaby wybuch śmiechu na Kremlu kiedy słuchają tam tego naszego męża stanu), prosta kiwka Orbana pozostawiająca rozpędzonego w swych planach moralnej odnowy Europy Kaczyńskiego na spalonym.

Dlaczego? Po co? Z jakim strategicznym pomysłem? Mój mentor, wielki profesor od genetyki zwierząt, mawiał czasem o kimś: „Andrzejku, to nie jest mądry człowiek, to jest genialny idiota”.

500+, nadzieje emerytów na powrót do poprzednich regulacji dotyczących wieku emerytalnego, nadzieje seniorów na darmowe leki, teraz pensja minimalna podwyższona wyżej, niż związkowcy postulowali. Wyższe zapewne potrzeby obronne. Jak chce się iść na wojnę, na dodatek samotnie, trzeba się zbroić.

Daleki jestem od negowania sensu polityki wyrównywania dochodów. Ale nawet król Maciuś Korczaka wiedziałby, że na to, na dodatek z takim podejściem do gospodarki, w którym staje się ona żerowiskiem partii, nie będzie kasy. W perspektywie cięcie 25% z funduszów europejskich, które Unia zamierza przeznaczyć na zażegnanie kryzysu migracyjnego. Dług rośnie szybciej niż za Tuska. Dochody budżetu co prawda też, ale prognoza na 2017 nie jest pomyślna. Czy to wszystko, co dzieje się z konstytucją, a może i w polityce międzynarodowej oznacza, że Kaczyński przygotowuje się do sytuacji, w której część jego wyborców powie DOŚĆ!? Ja tak właśnie sądzę. Kiedy wyborcy PiS powiedzą DOŚĆ! będziemy mieć gotową już dyktaturę. Chyba, że wcześniej naprawdę się zmobilizujemy. Partie tego nie zrobią. Nie zazdroszczę liderom KOD ich odpowiedzialności.

12.09.2016
poniedziałek

Prawdziwa niepodległość

12 września 2016, poniedziałek,

Kaczyński będzie walczył o Polskę tak, jak miłujący pokój Związek Radziecki walczył o pokój na świecie. Będzie walczył, aż kamień na kamieniu nie pozostanie. Kiedy Kaczyński mówi, że jego celem jest: „Polska prawdziwie sprawiedliwa, wolna, prawdziwie niepodległa, suwerenna” i konkluduje, że „cel zostanie osiągnięty, kiedy usłyszy komunikat prokuratury, komunikaty zespołu w Komisji Wypadków Lotniczych (podzespołu dr Berczyńskiego – przyp. A.C.), póki nie zostaną na Krakowskim Przedmieściu odsłonięte pomniki” – ja mam pewność, że kiedy już zwycięży – nic nie pozostanie z marzeń milionów Polaków, także tych, których już pośród nas nie ma, o Polsce wielkiej na miarę ich marzeń. O Polsce otwartej na świat, nie obawiającej się konkurencji ani w gospodarce ani w kulturze, o Polsce pośród innych wolnych narodów Europy i Świata, Polsce odważnej i roztropnej jednocześnie, Polsce bogatej kapitałem ludzi – ich wiedzy, zdolności komunikowania się ze sobą, odwagi. Pozostanie Polska peryferii. Samotna wobec imperialnej Rosji. Uznawana za coś dziwacznie oryginalnego na Zachodzie.

Za dwieście lat dzieci w szkole uczyć się będą, jak zepsuć to, co dawało nadzieję. Jak przegrać wygrane bitwy. Jak odebrać sens polityce. Uczyć się będą jak ogarnięta politycznie przez nieodpowiedzialnych ludzi większość zabrała nadzieję narodowi określanemu głębiej i szerzej, niż aktywne właśnie życiowo pokolenie. Ten depozyt wartości, który najpierw demokratyczna opozycja, potem pierwsza „Solidarność” przekazała współczesnym, współcześni marnotrawią. Nawet Węgrzy odnajdą się tam, gdzie my Polacy mieliśmy niedawno istotny głos. My, którzy z sukcesem przeprowadziliśmy siebie i swoje państwo od nakazowo-rozdzielczej gospodarki nieustającego niedoboru do całkiem sprawnie działającej gospodarki rynkowej znów popadniemy w jakąś hybrydę prywatnej własności i państwowej (czytaj: partyjnej) faktycznej nią dyspozycji. Zamiast demokracji, nad którą kontrolę sprawuje konstytucja i społeczeństwo obywateli mieć będziemy rządy partii hegemonicznej rozdającej stanowiska i pieniądze, określającej co jest słuszne a co nie, kto musi prawa przestrzegać, a kto z uwagi na swoje związki może je lekceważyć.

Tak chce większość. Tak chce ta faktycznie aktywna większość. Mniejszość pręży się do lustra, każda swojego, stając w wewnętrznym konkursie: kto piękniejszy w tej polskiej wsi? Żadnej refleksji. Zero myśli o tym, jak się to stało, że kiedy było tak dobrze, jest tak źle i groźnie. Wszelkie próby, od piętnastu lat przynajmniej ponawiane wprowadzenia tego pytania do debaty publicznej: w telewizjach i w radio, w partiach i w kolejnych sejmach, na spotkaniach z młodymi, wszędzie – przez elity polityki, gospodarki, nauki i dziennikarstwa były wyśmiewane. Wiedzieli lepiej.

Pisałem kiedyś, że naczelny gazety, szef działu, redaktor programu, prezenter z kilkunastotysięczną pensją nie może nie być neoliberałem. A neoliberalizm to groza w kraju na dorobku, gdzie reguły, nawet spisane znaczą mniej niż kultura. Pisałem, że zawsze partyjne państwo, brak stabilnej i odrębnej od partyjnych wpływów służby cywilnej, kolesiostwo odnawia stary podział na „MY” i „ONI”, alienuje władzę, odbiera jej rozum i zdolność kierowania, pozwala jedynie administrować. Pisałem, że ciepła woda w kranie to rezygnacja z Polski naprawdę wielkiej wykorzystaniem jej potencjału i przemijającej szansy.

Słowem kluczem Kaczyńskiego jest słowo „prawdziwie”. Jak za tzw. komuny była „socjalistyczna demokracja”, „socjalistyczna praworządność”, tak pod rządami Kaczyńskiego są „prawdziwe”: sprawiedliwość i niepodległość.

O ile w przypadku sprawiedliwości spectrum możliwości jest szerokie jak tęcza na horyzoncie, tak w przypadku niepodległości, dzisiaj możliwość jest jedna – wyzwolenie Polski z europejskiej niewoli. No bo co realnie różni dzisiejszy stan niepodległości Polski od stanu pożądanego przez Kaczyńskiego? Może jeszcze dalsze rozluźnienie relacji z Berlinem. Dzięki którym, jak dotychczas, osiągaliśmy, na przykład w podziale budżetu Unii, proporcjonalnie więcej, niż inni. Nie mówiąc o mniej wymiernych, bo politycznych pozycjach. Może dlatego poseł/minister Jaki tak odważnie szarżuje w Opolu na otaczające go gminy. Nie było konfliktu – to będzie. Stajemy się prawdziwym suwerenem. Nic, że dokładnie tę samą sytuację ostrej poddawaliśmy krytyce, gdy dotyczyła Polaków pod Wilnem. I tu, i tam nikt nie będzie nam w kaszę dmuchał. „We the people”, to już za mało. Pod rządami Kaczyńskiego: We the rulers!

Ta walka z Polakami innymi niż zwolennicy partii Prawo i Sprawiedliwość, wyznawcy religii smoleńskiej, posłuszni słuchacze ojca Rydzyka i grubego pęczka polskich katolickich biskupów nigdy się nie zakończy. A kiedy sens w polskiej polityce zostanie pogrzebany, osikowym kołkiem przybity i kamieniem przywalony oddamy się wreszcie temu, co najlepiej się tu sprzedaje – mitom. Mitom o naszej wyjątkowości i mitom o wiecznej wrogości sprzedajnej Europy. Wszyscy wokół, źli – my jedynie dumni i wspaniali tyle, że zdradzeni o świcie.

Świat mierzy się z problemem pracy, specjalnie dla młodych, wyzwaniem jakie stawiają przed nim nowe technologie, zbyt pośpiesznie otwarte granice dla kapitału i towarów w okolicznościach niczym nie powstrzymywanego konsumpcjonizmu – nowej religii (której pierwszymi zresztą kapłanami w Polsce są aktywiści prawicy i KK), z konkurencyjnością, z terroryzmem, z wymykającymi się spod kontroli migracjami.

My zaś walczymy o prawdziwą niepodległość.

Czy temu szaleństwu można postawić tamę? Czy politycy inni, niż zgromadzeni w PiS, dostrzegą wreszcie, że ich wewnętrzna rywalizacja o przywództwo opozycji brukuje Polakom drogę do piekła? Czy Kościół pojmie, że jego rolą jest otwierać szeroko ludziom wrota do nieba, nie zaś brukować drogi do piekła?

Nie wiem. Wiem, że mało kto próbuje podjąć jakąkolwiek próbę. A kiedy już podejmuje, skupiać się bardziej musi na otrząsaniu się od sfory wilków uwieszonych u jego szyi, niż na organizowaniu własnych komitetów.

9.09.2016
piątek

Kandydat

9 września 2016, piątek,

I masz babo placek! Co by nie zrobił, to niedobrze. Afera reprywatyzacyjna szokuje podejściem do problemu reprywatyzacji ludzi odpowiedzialnych za sprawiedliwość, za pieniądze i za prawo. Ale też ilustruje jeden z pięciu wielkich deficytów Polski, które sprawiają, że w czasie sukcesu na miarę wielkiej historii obywatele dość mają polityki uznając ją, nie bez mocnych argumentów, za tę dziedzinę życia, w której zakonserwowane są największe rezerwy. Deficyty te, to: deficyt pomysłu na Polskę, Europę i Świat, deficyt demokracji, deficyt solidarności, deficyt kapitału ludzkiego (kultury) i deficyt zaufania.

Deficyt pomysłu. Niejasność celu. Jak można oceniać trafność polityki, kiedy nie wiadomo jaki jest jej cel? Czy ma być po prostu wszystkiego więcej? A proporcje? A wybór?

Polityka służyć musi czemuś. Jeśli ma mieć sens, jeśli apeluje o poparcie, jeśli ludzie mają się identyfikować nie li tylko z legendą, mitami, przeszłością swojego narodu, lecz mają, jako współautorzy „Projektu Polska” budować wspólnie ze swoją władzą jej przyszłość. Polityka, jeśli nie ma być jedynie miejscem samorealizacji polityków, mieć powinna wielkie cele przed sobą. Inaczej jest alienacja, są „ONI” i „MY”. A kraj dryfuje. Jaki cel wobec Polaków definiują liderzy polskiej polityki? Mówią coś na ten temat? Przekonują? A jaką widzą Europę za pięćdziesiąt lat?

Proste pytanie: PO CO?

Kto odpowiada dzisiaj na to pytanie? Gdzie się o tym rozmawia?

Odpowiedź powinna korespondować z jakoś zdefiniowanymi systemami wartości, uwzględniać je, specjalnie wtedy, kiedy to, co się robi w domenie publicznej i to na co wydaje się publiczne pieniądze ma wpływ na realizację wartości. Nie da się tego robić bez wiecznie i nieprzerwanie prowadzonej debaty. Bez takiej konstrukcji komunikacji społecznej, w której są stałe punkty odniesienia dla kształtowanych doraźnie polityk demokratycznego państwa. Zanikły przestrzenie i instytucje gdzie się rozmawia o takich rzeczach. Kościół? Media publiczne? Szkoła? Uniwersytet? One zanikły częściowo za przyczyną wszechogarniających świat zmian cywilizacyjnych. Ale i dlatego, że uznano te sprawy za niepotrzebne polityce, zamulające, nie przynoszące szybkich korzyści beneficjentom partyjnej polityki. Łatwiej osiągać sukcesy spłycając, trywializując, naznaczając, konfliktując, niż szukając sensu dla zbiorowych decyzji obywatelskich. Choćby z uwagi na niezwyczajną żmudność procesów ucierania stanowisk, bez czego trudno o stabilną w czasie zgodę. Jak w soczewce ogniskuje się to w Warszawie.

Dziesięć lat temu do wyborów stanęła kandydatka Platformy Obywatelskiej, partii wówczas zrywającej się do wysokiego lotu. Nie mającej ani większości w sejmie, ani przychylności prezydenta kraju. Hanna Gronkiewicz-Waltz: dynamiczna, kobieca, łącząca międzynarodową i finansową kompetencję z nieomal uroczą dewocją, energiczna, przedsiębiorcza. Wiele atutów wobec tego jedynego wtedy realnego konkurenta, popularnego ponad miarę jego osobowości, opromienionego niedawnym, bardzo medialnym, dla wielu przedwcześnie i niesprawiedliwie przerwanym premierowaniem.

Nie głosowałem za kandydaturą HGW. Neoliberalizm uważałem za aberrację w polskich warunkach i okolicznościach. PO przez swoje powstanie i kadry nie miała mojej sympatii. Był inny kandydat, Marek Borowski, człowiek niełatwy w obyciu, ale bardziej kompetentny, świetnie też obeznany w finansach, tyle, że w bardziej praktycznym wymiarze, współautor dzieła prywatyzacji handlu po 1989 roku, były minister finansów, świetny sejmista, polityk wyważony i prawdziwy. Nie głosowałem na HGW z innej także przyczyny. Jej komitet wyborczy wyposażył w przeddzień wyborów 2006 roku Gazetę Stołeczną w dodatek w formie lotniczego planu Warszawy z zakreślonymi różnymi kolorami obiecywanymi przez kandydatkę inwestycjami. Niweczył on jej wizerunek osoby w finansach publicznych kompetentnej i odpowiedzialnej. Były tam nie tylko kolejne mosty przez Wisłę (wraz z wawerskim), nie tylko trzy linie metra od Tarchomina i Pelcowizny po Mory i Gocław. Ale były też liczne podziemne parkingi, na przykład pod placami Trzech Krzyży i Napoleona. Było tam też wielkie szaleństwo: zabudowane wielkim osiedlem Pole Powsińskie. Jakby HGW nie wiedziała, że jest to własność prywatna, podzielona pomiędzy wielu właścicieli. „Dekret Bieruta (HGW) w szufladzie”? Czy lekceważenie inteligencji i wiedzy wyborców? Co ja dzisiaj mam powiedzieć? Jaka jest alternatywa?

Jej prezydentura owocuje wieloma dobrze prowadzonymi inwestycjami. Wykluwa się z wolna jakiś ład zachodniego centrum stolicy. Może nazbyt powoli, może jedynie wyspowo, ale wyłania się coś przyjaznego warszawiakom na Pradze.

Kwestia reprywatyzacji boli jednak nie tylko ze względu na utracone przez miasto i państwo pieniądze. Boli przede wszystkim ze względu na hucpę i bezkarność jej beneficjentów.

Tak, nie było aż do 2016 roku regulacji. Ale – Mój Boże! – osiem lat rządów Platformy! HGW jest jej wiceprzewodniczącą! To przecież jest tylko spektakularny efekt ciepłej wody w kranie. Efekt polityki bez ambitnych celów. Z konsekwentnym unikaniem konfliktów wyboru, z chowaniem głowy w piasek. Pozostało jedynie bardziej lub mniej sprawne administrowanie. Aż do 2005 roku dla Platformy ważniejsza była „dekomunizacja” (używam cudzysłowu, bo jest ocean fałszu w tym terminie), niż projekt dla Polski obywatelskiej i Polski europejskiej. Bliższy PiS niż SLD, czy nawet środowiska dawnej Unii Demokratycznej.

Nie mogę akceptować reakcji na awanturę, którą rozdmuchuje PiS. Wiadomo było od lat, że bomba tyka. Poprzedni projekt ustawy dla rozwiązania problemu „dekretu Bieruta” wrzucił do kosza prezydent Kwaśniewski. Jego prezydentura, dwukadencyjna (a więc jego zasługi w innych dziedzinach zostały dostrzeżone i zweryfikowane, także w Warszawie) zakończona została w 2005 roku. 11 lat! W tym osiem rządów Platformy i pięć koniunkcji rządów – w sejmie i pałacu prezydenckim! Od lat media i organizacje pozarządowe alarmowały udokumentowanymi informacjami o grandzie nadużyć w tej dziedzinie. I nic!

Nie potrafię polubić taktyki zrzucania wilkom z sań towarzyszy podróży. Jacek Wojciechowicz poza tym, że godził się na to nic nie robienie wobec nabrzmiewającego problemu reprywatyzacji, nie miał żadnej odpowiedzialności za niezgodne z sumieniem i sprawiedliwością decyzje Miasta.

Jest jedno „ale”. Alternatywa.

Jest jednak jeszcze czas na procedurę wyborczą. Może należałoby wziąć byka za rogi. Stanąć wreszcie do walki. Jest, moim zdaniem, kandydat, który uniósłby ciężar wyzwania. Mimo swoich lat. Wspomniałem go w tym tekście. Jego jedyną wadą jest to, że byłby on kandydatem Obywateli, a nie Platformy, uzurpatorsko przezywanej „obywatelską”.

6.09.2016
wtorek

Czasem groźni, czasem śmieszni. W sam raz na upadek

6 września 2016, wtorek,

Dzisiaj wyliczanka jedynie półsłówkami. Oto skazany, ale przed uprawomocnieniem wyroku szef CBA z poprzedniej odsłony rządów PiS uzyskuje akt łaski. Mimo publicznie głoszonej przez niego nadziei, że proces dobiegnie końca a on zostanie oczyszczony z oskarżenia o nadużycie władzy w instytucji, w której nadużycie władzy brzmi jakoś specjalnie nieprzyjemnie. Powierzenie przewodniczenia senackiej komisji finansów publicznych człowiekowi odpowiedzialnemu za finansową katastrofę SKOK-ów już dzisiaj kosztująca nas grubo ponad 3.2 miliarda złotych. (Oszukańczo zresztą w wyborach ukazywanego jako kandydata niezależnego od PiS). Trybunał Konstytucyjny i niesłychana wprost arogancja władzy: nie tylko niewypełnianie obowiązków, ale ostentacyjna impertynencja wobec Trybunału, stanu sędziowskiego, państwa i obywateli. Cywilna obrona terytorialna – rzecz dzisiaj w Europie nieprzypadkowo niespotykana, w oficjalnych dokumentach jawiąca się jako policja ideolologiczna, a nawet partyjna. Rzecz dla wolnych obywateli, ich godności i w dalszej konsekwencji dobrobytu – najniebezpieczniejsza. Już sam akt jej powstania i eksplikacja celu jest instrumentem szantażu: Patrzcie! Co nam zrobicie, kiedy się przestaniecie nam podobać? Środowiska kibolskie, w tym ludzie z wyrokami (Kraków, Poznań, Warszawa) – jawnie kokietowane. Interwencja ministra od policji, na rzecz chuliganki, córki prominentnej radnej prawicy, przeciw policjantom – w sprawie oczywistej dla obywatela mającego państwo za swoje i przestrzegającego prawa. W tym samym mieście kuriozalna interwencja policji (będąca logicznym następstwem poprzedniej) w swej istocie przeciwko szanującym prawo obywatelom na rzecz tych, którzy je łamią wymuszając bezprawnie na kimś to, do czego nie mają prawa (napaść „narodowców” na KOD podczas uroczystości pogrzebowych). Minister spraw wewnętrznych uznający prawidłowość działań (czy zaniechań też?) policji. Pierwszy to przypadek pośród państw członkowskich Uniki Europejskiej, kiedy to minister od policji podejmuje najpierw działania w istocie represyjne wobec słusznie interweniujących policjantów a zaraz potem chwali za zaniechania tam, gdzie popełnia się wykroczenie. Nic jak tylko przekonanie ideowe ministra tłumaczą takie jego zachowania.

Tak w Niemczech w latach 30-tych torował sobie drogę nazizm. Kiedy nazizmem, jako ideologia państwowa, jeszcze nie był. Za kibolami, za chuliganami, za tą prawicą, którą reprezentuje wzięta w obronę chuliganka dziś w tle jest nacjonalizm. Dla zmylenia opinii przezwany przez nich samych patriotyzmem.

Profetycznie pisał ktoś kilkadziesiąt lat temu: tam gdzie jest ojczyzna jest też obczyzna, patriotyzm, jego treść i wartość określa się bardziej stosunkiem do obcych, niż stosunkiem do swoich. Europa zjednoczona ponad (albo mimo) podziały narodowe nie wzięła się z niczego, lecz z koszmaru katastrofy dwóch wojen. Z europejskimi nacjonalizmami w tle. Nie z nicości najświatlejsze umysły Europy i Polski, a i politycy o wymiarze nieporównywalnym do współczesnych prezydentów i premierów definiując naród przenosili punkt ciężkości z więzów krwi i ziemi na wspólnotę wartości, krąg kulturowy, cywilizację. W tym właśnie kontekście widzieć należy miejsce i rolę Trybunału Stanu i sądownictwa. Wszędzie tam, gdzie władza polityczna przystępowała do podważania autorytetu a potem pozycji sędziów oznaczało to rychłe zagrożenie demokracji i wolności. Żadna władza nie mówiła w takich przypadkach inaczej, niż to, że to dla dobra ludu. Żadna nie tłumaczyła swych działań inaczej, jak potrzebą wymiany skorumpowanych elit. Żadna nie chwaliła się własnymi beneficjami przeprowadzanych zmian.

Kontynuując wyliczankę: „koń janowski”, Teatr Polski we Wrocławiu, rozdział środków na wspomaganie różnych wydawnictw (a i treść licznych wypowiedzi ministra od kultury), obsadzanie przedsiębiorstw państwowych politykami o zerowym doświadczeniu w biznesie, pompowanie pieniędzy z państwowych spółek do niszowych wydawnictw „narodowych”, pozbywanie się na „nomenklaturowych” pozycjach ludzi o prawdziwych zasługach (Instytut Książki) i natychmiast widoczne konsekwencje takiej zmiany w rozdziale dotacji, kolejne ograniczenia udziału opinii publicznej w procesach tworzenia prawa (tryb „inicjatywy poselskiej” stosowany tam, gdzie w żadnym przypadku demokracja nie powinna na to zezwolić), rozszerzenie możliwości niekontrolowanej sądownie inwigilacji obywateli.

I oblepiające nas coraz ściślej ich kłamstwo. Ja osobiście nie mogę zapomnieć wykrzyczanych przez Jarosława Kaczyńskiego i Joachima Brudzińskiego: „komunistów i złodziei”. Żaden z nich nie ma moralnego prawa zaświadczonego swoim osobistym doświadczeniem. Żaden. Akurat w tym gronie powiedzieć można, że raczej jest przeciwnie. Ten „drugi sort”, te „dzieci resortowe”, te wszystkie inwektywy bezkarnie rzucane w twarz ludziom o rzeczywistych zasługach dla Ojczyzny. Wszystko po to by język nienawiści zdominował debatę publiczną. By Polaków trwale podzielić. By wykopać rowy tak przepaściste, że nikt ich już nie zasypie. Oni prowadzą do wojny. Oszaleli. Z kraju: społeczeństwa i państwa na dorobku, posuwającego się (nie bez zakrętów i kłopotów) ku lepiej od nas gospodarczo i społecznie zorganizowanemu centrum Europy tworzą kraj peryferiów. Na powrót. Wracamy, w zmienionych dekoracjach ustrojowych, w zupełnie różnej konstelacji geopolitycznej szybkim marszem tam, gdzie już byliśmy. Na wschodnie rubieże. Dzisiaj coraz głośniej mówi się w Europie: po co nam ten balast? Za dekadę, dwie pogrobowcy dzisiejszego PiS bredzić będą o „zdradzie Europy”.

I jak czasem bywa z takimi jak oni nieudacznikami – nie omija ich śmieszność. Ten zastęp ministrów z odsieczą podążający do Londynu z kraju, w którym ONR maszeruje ze śpiewem „Raz sierpem, raz młotem….” i raz po raz gdzieś biją kogoś dlatego tylko, że ma inny kolor skóry nie doda Polsce powagi. Anachroniczny nacjonalizm, prężenie muskułów cherlawego ciała i śmieszność mocarstwowych aspiracji (lider grupy wyszehradzkiej, od Bałtyku po morze Czarne, pouczanie przywódców od Ameryki po Rosję, wypominanie Amerykanom płytkości czasowej ich państwowości wobec naszej naszej, …. tysiącletniej prawie demokracji) plus śmieszność realnej polityki to pewny krok ku upadkowi. Chyba nie pierwszy.

4.09.2016
niedziela

My naród, we the people

4 września 2016, niedziela,

Byliśmy kiedyś dumni, że jeden z nas wypowiedziawszy te słowa, odebrał aplauz od Połączonych Izb Kongresu Stanów Zjednoczonych. Mówił – dzisiaj już widać, że na wyrost – że dołączamy do narodów, których państwo przez nich tworzone przestrzega fundamentalne normy współczesnej euroatlantyckiej cywilizacji. Mówił, że sami to wywalczyliśmy dla siebie i że innym torujemy drogę. Mówił to w kontekście upadającego tydzień wcześniej muru w Berlinie. Dzisiaj to, co Wałęsa 16 listopada 1989 roku Amerykanom i Światu mówił, wisi na włosku. Był wielki. Polska była wtedy wielka.
Czytaj całość »

30.08.2016
wtorek

Czas pogardy, czas wyboru

30 sierpnia 2016, wtorek,

Panu prezydentowi Dudzie polecam dwie lektury. Dwie książki jednego autora – Jana Józefa Lipskiego. Jest to „Katolickie Państwo Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR Falanga” – pierwsze wydanie w 1994 r. nakładem bardzo zasłużonego dla polskiej wolności wydawnictwa Aneks. Drugi raz wydana w ubiegłym roku przez wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, tym razem opatrzona wstępem Andrzeja Friszkego i obszernym posłowiem Łukasza Garbala. I druga, dziesięciokrotnie cieńsza, swą treścią ważąca jednak tyle, że powinna zostać włączona do kanonu polskiego liceum. Jest to wydana przez Niezależna Oficynę Wydawniczą w 1981 r. broszurka „Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy”, ze znamiennym, ujętym w nawias podtytułem: „uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków”.
Czytaj całość »