Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

17.04.2017
poniedziałek

Poświąteczne imponderabilia. Czy jeszcze jest jakaś przestrzeń dla rozmowy?

17 kwietnia 2017, poniedziałek,

Trochę czasu w internecie, zwłaszcza na fejsbuku, rozmowy, przypomnienie sobie polemik z minionego tygodnia, dwóch – wszystko pośród ludzi zainteresowanych polityką, uczestniczących w niej, czasem ryzykujących karierę, spokój – prowadzi mnie do przekonania, że warto co jakiś czas przywołać rzeczy banalne.

Świąteczny czas, czas zmartwychwstania, jest dobrym na to czasem. Zwłaszcza zasady, bez akceptacji których polityka nie tylko ta uprawiana jako zawód, ale będąca tylko przedmiotem poważnej, choć prywatnej rozmowy, wiąże się jedynie z bólem. Kiedy zapomina się o imponderabiliach polityka, nawet gdy już nic specjalnie się od niej nie chce, frustruje i odsuwa przyjaciół. Zapominając elementarne prawdy, już lepiej wyrzucić politykę poza obszar wspólnej rozmowy, środowiska, grupy.

Lepiej więc nie być szczerze zaangażowanym w sprawy publiczne obywatelem. Chyba że ograniczy się rozmowę do wspólnego wroga. Wtedy, dla zachowania relacji, wystarczy pilnować się, żeby nie uzyskać jakichś przewag w ekspozycji swej niechęci. Każdy ma przecież prawo, żeby jego ego było ponad. Ale to jest przecież zaprzeczenie sensu obywatelstwa. Mam wrażenie, że kulturowo dochodzimy właśnie do takiego stanu umysłu i emocji.

Zastrzeżenie.

Piszę, myślę, rozważam wyłącznie politykę, która człowieka ma w centrum. Jakakolwiek forma autokracji, także teologicznej, uzurpowanego prawa wpływania na decyzje innych, ciekawi mnie jedynie jak robak przyszpilony w gablocie. Jako przedmiot obserwacji, ale nie uczestnictwa. Dobre emocje są tylko tam, gdzie rządzący pozostają w demokratycznej grze. Jedynie w porządku demokratycznym polityka jest dla mnie czymś osobiście możliwym.

Dlatego przed 1989 r. nigdy, nawet na milimetr, nie byłem w państwowej polityce. Omijałem. Nie przynależałem. Nawet do ZSP nie należałem. Jedynie do harcerstwa w szkole, ale było to szczególne harcerstwo – „Czarna Jedynka” (kto nie kojarzy, niech zajrzy do Wikipedii). Cezurą jest dla mnie czerwiec 1989. Choć politycznie zachowywałem się i wcześniej. Jak już było trzeba, kiedy pojawiała się jakaś odpowiedzialność. W wyznaczonych pojęciami „rozumność”, „roztropność”, „odpowiedzialność” ramach. Do furii doprowadzały mnie akty strzeliste, też te z historii, z których tylko cierpienie wynika. Które pozostawiały po sobie zgliszcza rodzin, majątków, wartości. Ale i bierność w imię niechęci narażenia na szwank własnego interesu.

Nie interesuje mnie, jako przedmiot własnej aktywności, polityka ad usum delfini. Dlatego zawsze z naciskiem pytam o cele. Kiedy słyszę „czas teraz dla młodych”, wiem, że od brudów PRL daleko nie odeszliśmy. Bo to hasło zdradza motywacje. Roszczenie. Brak wiary w inne przewagi niż metryka. Która dla dobra wspólnego jest okolicznością, a nie wartością. Rozumiem ludzkie osobiste ambicje, ale nie uznaję stawiania wozu przed koniem. Stąd moja niechęć do współczesnych wielkich partii. Mam wrażenie, że są one dla tych przede wszystkim, którzy realizują w nich swoje własne interesy, a nie dla sprawy publicznej.

Te mniejsze partie, w ramach polskiej kultury politycznej i w rygorze prawa o partiach politycznych, a także w związku z ordynacjami wyborczymi, podążają za tymi wielkimi partiami. Dlatego są tak mało liczne. I dlatego są pogardzane. A przecież bez partii nie ma demokracji parlamentarnej. Stąd kiedy podejmujemy próby określenia patologii polskiej polityki, skierujmy wzrok najpierw na partie. I na okoliczności ich aktywności. Na prawo wyborcze. Na stan służby cywilnej. Na ustawę o partiach politycznych.

W polityce nigdy nie masz wszystkiego. Ona zawsze jest jakimś wyborem. I zazwyczaj, kiedy przedmiot tego wyboru ma prawdziwie wielkie znaczenie i dzieli ludzi, to przeciwstawne racje też są wielkie i często bardzo sobie… bliskie. Współcześnie, w okolicznościach debaty kształtowanej pod spodziewany zysk stacji telewizyjnych, radiowych, oraz internetu upraszczającego przekaz do absurdalnych form, zdolność rozumienia racji, a nawet ich usłyszenia, wymaga nanotechnologii, by tę zdolność dostrzec.

Tak czy owak dzisiaj może bardziej niż wcześniej trzeba pamiętać o innych. Jeśli jest wartość wspólnoty, demokracji i solidarności. Rosnąć powinna być waga szacunku dla mniejszości. Jeśli nie ma się tego z domu, to trudno tego oczekiwać jako efektu publicznej socjalizacji. Kościół katolicki w Polsce też uczy dzisiaj czegoś najzupełniej przeciwstawnego. Wynikiem będzie dryf opinii publicznej do jakichś autokracji, a więc zważywszy na naturalny pluralizm ludzkich postaw – coraz głębsza polityczna polaryzacja. A że rozumienie racji dla odmiennych niż własne poglądów i ocen będzie maleć, ta polaryzacja będzie też coraz bardziej beznadziejna. Polska nie tylko izoluje się od innych, ale i rozdrabnia. Z pewnością nie budują wspólnoty ci, którzy uzurpują sobie prawo do narzucania innym swoich praw tam, gdzie nie ma potrzeby prawnej regulacji, i tam, gdzie prawem próbuje się regulować kwestie światopoglądowe.

Polska nie jest mesjaszem narodów. Sama jest raczej terenem misyjnym. I dla chrześcijaństwa, i dla praw człowieka, i dla demokracji. Jest w istocie peryferyjnym kulturowo (i finansowo) krajem Europy aktualnie wątpiącej, czy jej przywództwo (abstrahując od Stanów Zjednoczonych Ameryki) da się w świecie utrzymać. Jesteśmy na peryferiach Europy coraz wyraźniej podważającej sens rozszerzania swej instytucjonalnej, politycznej formy. Polacy i Węgrzy dolewają paliwa dla rozwoju tego sceptycyzmu, a mają przecież większy interes w pogłębianiu integracji niż społeczeństwa „starej Europy”.

Polacy, jeśli chcą utrzymać się jako element wspólnej kulturowo i politycznie Europy, muszą wybrać to, co wspólne, także jak idzie o odpowiedzialność i to, co własne. Z pamięcią, że inni też wybierają – i jeśli różnice dla innych są nie do zniesienia, to może to być tak samo istotne dla naszego losu, albo nawet bardziej, jak to, kiedy my czegoś nie akceptujemy u nich.

Europa – po katastrofach pierwszej połowy XX wieku i w ich wyniku – wypracowała kulturę ucierania interesów, stanowisk, pozycji. Przyjęła kulturę kompromisu. Okrutne doświadczenie za tym stoi, a nie jakieś wydumane idee lewaków (jak niektórzy sugerują). Ale nic nie jest wiecznie takie same. Kultura też się zmienia.

Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, możliwie szybko – czy wzbierająca fala nacjonalizmów jest nam na rękę czy może stanowi dla naszych interesów zagrożenie? Elity muszą wiedzieć, czego oczekują od innych Europejczyków, a naród musi tę debatę odbyć i przetrawić. Z pamięcią, że od ponad ćwierć wieku wszystko, co złe, i to, co dobre, zależy przede wszystkim od nas samych, od stanu naszych umysłów. Charakterystyczne jest tu zachowanie rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość. Postawiła w polityce europejskiej na Wielką Brytanię. Akcentowała, że ma to być przeciwwagą dla Niemiec i Francji. Opowiedziała się za na ograniczeniem europejskości w odniesieniu do instytucji europejskich, do wspólnoty gospodarczej (choć nie tak dawno lider tej partii postulował wspólną europejską armię! Zresztą kosztem wspólnej polityki rolnej). Opowiedziała się za budową jakiegoś specjalnego sojuszu – „Trójmorza”, „Międzymorza”. Wypowiedziała wiele złych słów i pokazała gesty nieprzyjazne wobec Niemiec. Tymczasem Brytyjczycy wybrali wyjście z Unii Europejskiej, Niemcy i Francja znów są dominującymi graczami Europy. O „Międzymorzu” czy „Trójmorzu” sami autorzy tych „koncepcji” zapomnieli.

A więc jak idzie o te imponderabilia… Polska ma większy interes w integracji politycznej Europy niż „stara Europa”. Nie jesteśmy uroczym pączusiem dla reszty, przeciwnie – jesteśmy coraz wyraźniej traktowani jako kraj politycznie ułomny. Mamy do nadrobienia wielki dystans i do odrobienia wiele lekcji, jeśli nasze ekonomiczne, polityczne i te w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego aspiracje nie mają być pustym roszczeniem. Jesteśmy społeczeństwem o dość miernej wartości kapitału ludzkiego, wciąż zresztą pomniejszanego przez emigrację. Nie cała emigracja motywowana jest względami materialnymi. Niektórzy uciekają od przaśności. Kto wie, czy ta część emigracji nie jest najbardziej bolesna z punktu widzenia szans Polski.

Współcześnie w europejskiej polityce liczą się jasność celów, ich uzasadnienie, zdolność rozumienia konkurentów i partnerów, zdolność i umiejętność zawierania kompromisów, chęć współpracy i to, co zawsze, a więc: obliczalność, przewidywalność, roztropność i rozumność. I dokładnie tego wszystkiego od półtora roku brakuje polskiej polityce w dramatycznym wymiarze.

Musimy o tym rozmawiać otwarcie. Nie żyjemy w czasie niewoli, kiedy zmyślone przeszłe wielkości, wielka narodowa mitologia były konieczne dla zastąpienia braku realnej odpowiedzialności. Dzisiaj to my sami decydujemy. Od półtora roku, prawie dwóch – decydujemy tak, jak by chcieli nasi wrogowie. I może o tym przede wszystkim powinniśmy ze sobą rozmawiać. Chyba żeby przyjąć, że część z nas postępuje dokładnie tak, jak by chcieli nasi wrogowie. Wtedy rzeczywiście nie ma już przestrzeni do rozmowy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. No. Wy sami decydujecie. Ale co to ma wspólnego z 30 milionami bezpartyjnymi Polakami, którzy prawa decydowania w państwie są pozbawieni.

  2. Polecam artykuł Pawła Rojka „Między antychrystem a katechonem. Współczesne polskie prawicowe sposoby myslenia o Rosji” [w:] Miedzy realizmem a apostazją narodowa. Koncepcje prorosyjskie w polskiej myśli politycznej, Kraków 2015. Znajdujemy tam być może odpowiedź na pytanie: dlaczego postępowanie polskich polityków do złudzenia przypomina działanie agentów kremlowskich. Tymczasem może być tak, ze ci politycy nienawidząc Zachodu z jej tradycja liberalna, laicką i postoswieceniową dostrzegli w Rosji „katechona”, czyli zgodnie z Listem św. Pawła do Tessaloniczan Tego, który powstrzymuje Antychrysta, a wiec rzeczony Zachód. A wszystko dla Guru z Torunia, nie mowiac o polskiej tradycji mesjanistycznej:)))

  3. Druhu Celiński, Ależ kojarzę czarną jedynkę, kojarzę. Druh Antoni Macierewicz był u Was instruktorem. Czuj, czuj, czuwaj!