Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

8.05.2017
poniedziałek

Kwestia minimum programowego

8 maja 2017, poniedziałek,

Nie ma innego minimum programowego demokratów niż odebranie w wyborach 2019 r. mandatu PiS. Inne sprawy, normalnie bardzo ważne, czyli wszystko to, co uzasadnia aspiracje partii politycznych, dzisiaj są drugoplanowe. Choć z sarkazmem można powiedzieć, że przyznawanie im pierwszoplanowej roli w polityce minionej dekady wymaga niemałej porcji hipokryzji.

Rola programu i jego ogólnych ram w dzisiejszej sytuacji sprowadza się do jego funkcji wyborczej. Rzecz jasna w pewnych granicach, ale nie zamierzam teraz o nich pisać. Szczególarstwo w kwestii partyjnych tożsamości demokratów w kontekście 2019 r. pozostawić można grabarzom demokracji. Kryterium identyfikacji demokratów jest po prostu przestrzeganie ładu konstytucyjnego. Nie mniej i nie więcej. To jest najmniejszy wspólny mianownik, którego wypatrują wiecznie sceptyczne mądrale od polityki.

Mniej to kapitulacja. Więcej to niekończące się spory. Dzisiaj celem jest przywrócenie ładu konstytucyjnego. Zapobieżenie katastrofie. A do tego potrzebna jest jedność demokratów. Lewych i prawych, chłopskich i bankierskich, konserwatywnych i liberalnych, młodych i starych. I to jest to minimum programowe dla partii politycznych deklarujących powrót do elementarnych zasad demokratycznego państwa prawnego. Innego minimum dzisiaj nie ma i lepiej go nie szukać.

Szukanie minimum programowego jest najlepszym sposobem na brak jedności. Świadectwem nierozumienia powagi sytuacji, głupoty albo wrzutką zwolenników status quo dla skłócenia demokratycznej opozycji. Mówią niektórzy, że suma różnych razem będzie mniejsza niż suma różnych z osobna. Ja myślę inaczej. Choć przyznaję – wiele zależy od jasnych słów co do celu tej jedności i od determinacji. Kto chce sobie popolitykować, niech politykuje, ale kto chce zawrócić Polaków znad przepaści – niech myśli prosto. Dla tych, którzy nie chcą PiS z Kaczyńskim, Macierewiczem, Waszczykowskim, Zalewską i tabunami innych, liczą się wola i determinacja w walce o przywrócenie normalności.

Nie czas rozdrapywać rany i gawędzić, kto, co i kiedy robił, że skończyło tak, jak się skończyło, że Polska znalazła się na aucie (od „out”, a nie od auta) i traktowana będzie przez lata jak rozkapryszony, niedojrzały, niemądry i niewdzięczny wyrostek. To naprawdę wielka sztuka urazić równocześnie Niemcy i Francję, współczesną przywódczynię Europy i przyszłego jej przywódcę.

Skoncentrować należy się na celu najprostszym: odebrać władzę! Dla kontynuacji wielkich procesów modernizacyjnych i dla bezpieczeństwa Polski.

Owszem – z pamięcią polityk, które doprowadziły do tego bigosu, ale nie z programem walki o to, kto bardziej, a kto mniej winny. Na analizę przyczyn erupcji zamoczonego w sosie nacjonalizmu superkonserwatywnego populizmu przyjdzie czas, kiedy analiza ta da nowe impulsy rozwoju, zamiast być kłótnią przegranych. Dla obywateli musi być jasne, że jedność demokratów nie jest chwytem dla powrotu status quo ante, lecz warunkiem zagwarantowania Polakom, że nie będzie więcej możliwe zwycięstwo tych, dla których nie ma zasad – zasad zapisanych w prawie i które są prawem konstytucyjnym.

Od 2011 r. piszę mniej więcej to samo. Demokratyczni politycy przez swoją małostkowość, szczególarstwo, egoizm, brak wyobraźni i pychę wpychają Polskę w objęcia prawicowych populistów. Wyzwolone zostały demony taniego nacjonalizmu, sobiepaństwa, niczym nieskrepowanego woluntaryzmu, wszechogarniającego kłamstwa. To nie incydent. To główny nurt, treść polityki. Ewa Kulik we wspomnieniu krakowskiego SKS napisała, że esbecja próbowała ich rozbić pomówieniami, napuszczaniem jednych na drugich – że ten albo ta jest beneficjentem uprzywilejowanej pozycji rodziców i temu podobne. Zdumiewające, pisze Ewa, że dzisiaj robi to prezydent Polski. Najłatwiej dostrzec tę rzecz w polityce zagranicznej i obronnej, ale tylko dlatego najłatwiej, że tam są scentralizowane struktury jak w żadnej innej dziedzinie. W polską kulturę polityczną wkorzeniła się głęboko anomia, powszechnie rozlana skłonność do wymagania od innych danin i postaw, wobec których samemu nie jest się zobowiązanym. Wielka odpowiedzialność spada na Kościół katolicki. Rozpostarł parasol nad taką polityką i taką moralnością życia wspólnego.

Solidarność i racjonalność, skłonność i umiejętność kompromisu, ucierania, dogadywania szczegółów, rozpatrywania wartości, interesów i postaw odmiennych od własnych nie są codziennością. 1980/1981 i 1989 r. nie były czasem zwyczajności, były czasem cudu. Nielicznym udało się przekonać większość, że jest inna, niż jest. Udało się podnieść ludzkie marzenia. Wzniecić nadzieję. Ale to szybko minęło. Najpierw pod ciężarem stanu wojennego. Ostatecznie – w wyniku zwycięstwa konsumpcjonizmu wyzutego z wystarczająco mocnych norm. Tamten cud był prawdziwą rewolucją – on zmienił paradygmat polskiej polityki i on przyniósł niewyobrażalny sukces. To, z czym dzisiaj mamy do czynienia, to powrót do tego, od czego wtedy cudem udało się nam uciec. A uciekaliśmy od dominacji woli politycznej nad prawem, centralizmu nad zasadą pomocniczości, od zatartych granic między władzami. Najgorsze jest jednak kłamstwo. Zaczyna się ono od samej nazwy partii restauracji wschodniego modelu władzy.

Bardzo trudno będzie się z tego otrząsnąć, ale najpierw trzeba dać szansę.

Mamy właśnie taki czas, który nie jest czasem na szczególarstwo. Albo wygramy w 2019 roku, albo to, co osiągnęliśmy od 1989 roku, zostanie wyrzucone w powietrze. Kto wie, czy nie razem z Polską. Trzeba wygrać te wybory! W takich okolicznościach prawnych i organizacyjnych, jakie będą. Będą zaś takie, jakie zechce mieć PiS. Rozsądnie jest założyć, że nie będą to okoliczności dla demokratów korzystniejsze niż te w 2015 r.

Listy Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie to przykład, jak w sytuacji brzegowej, sytuacji swoistego plebiscytu – jak zorganizować politykę na nowych zasadach. Jak doprowadzić do rzeczywistego przełomu. Mądrością twórców tamtej polityki było otwarcie się na różne środowiska, wykraczające poza ramy ówczesnej „Solidarności”. Niektórzy uważali zresztą, że to otwarcie nie jest wystarczające (Mazowiecki). Po 30 latach pewne rzeczy mogą być zrobione inaczej. Realizm nakazuje uznać, że w 2019 r. (to znaczy w praktyce już) odpowiedzialność spoczywa najpierw na Platformie Obywatelskiej. To największa, najlepiej zorganizowana partia demokratyczna. Polacy, w deklaracjach swych postaw politycznych nieufni wobec partii, w wyborach głosują przede wszystkim na partie. Nawet tam, gdzie jest wybór – w wyborach senackich i sejmikowych. Jeśli ma być naprawdę jedna wspólna lista demokratów, Platforma powinna od samego początku procesu budowania wyborczej jedności uwzględnić inne partie i środowiska. Szczególnie te skupione dzisiaj w KOD, w organizacjach pozarządowych, watch-dogach i ruchach miejskich. Pewien poziom dobrej woli i poczucia odpowiedzialności podpowiada dość proste, a dla szerokich rzesz obywateli zrozumiałe rozwiązania.

Od lat piszę o alfabetycznej konstrukcji takich list. Dla największych partii to jest bardzo wysoki próg. Przypuszczam, że nagroda za jego przekroczenie będzie równie wysoka. Stawką jest wiarygodność liderów – obecnych i przyszłych (siła mandatu!) oraz rzecz kulturowa – odpowiedzialność wyborców. Czynność losowania litery zapoczątkowującej ten wyborczy alfabet byłaby okazją dla wielkiej kampanii obywatelskiej odpowiedzialności i skupiłaby bez wątpienia uwagę wyborców na demokratach.

Oczywiste zagrożenie dla takiej koncepcji – przesunięcie ciężaru walki wyborczej do wewnątrz – może być zniwelowane odpowiedzialnością komitetu organizacyjnego za właściwy dobór kandydatów. Jeśli ma się samych szmondaków, nie warto stawać w ogóle do wyborów. Wierzę, że tak nie jest. Wierzę też, że wyjątkowość chwili wydobędzie z ludzi walczących o wartości naprawdę to, co w nich najlepsze. Po to jest ta cała zabawa.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. P. Celiński. Nie będzie wspólnych list wyborczych PO, PSL. Nowoczesna. Zakład? O ile?

  2. Bez list alfabetycznych będą się szarpać i wykrwawiać.Pozostaje ilość miejsc na liście dla poszczególnych partii.W tej sprawie powinni przyjąć za podstawę uśrednione notowania z okresu poprzedzającego wybory.W wyborach samorządowych w gminach pozostawić tak jak jest ,chyba że PIS wprowadzi radykalne zmiany.

  3. Święte słowa, trzeba wywrzeć maksymalną presję społeczną na wspólną listę. I uświadomić poszukiwaczy złotego zegarka, że staną się współwinni katastrofy.