Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

26.08.2017
sobota

Polska wraca na swoje miejsce peryferii

26 sierpnia 2017, sobota,

Polska wraca na swoje miejsce. Minione 40 lat, gdzieś od 1975 roku, to czas niezwyczajności, dewiacji wobec wielowiekowego kursu, czas karnawału. W 2015 r. nastał czas normalizacji i ustabilizowała się ona na solidnym fundamencie wyboru większości.

To, co złe a co jest między nami, co spycha nas gdzieś na odległe rubieże Europy (w takich sprawach jak organizacja polityczna społeczeństwa, kultura życia zbiorowego etc.) i to, co mogłoby być dla nas dobre, a co niszczymy początek ma w naszych mózgach. Przyczyn porażek nie należy szukać we wrogu zewnętrznym, ani w zamkniętych oczach naszego Boga, lecz w nas samych. W tym, co rzetelnie o świecie wiemy. I w naszych emocjach. W szczególności zaś w mózgach aktualnych liderów. Liderami Polaków byli kiedyś: Kuroń, Mazowiecki, Wałęsa, Geremek, Bartoszewski, Kwaśniewski. Dzisiaj liderami są: Kaczyński, Szydło, Duda, Waszczykowski, Błaszczak. Jest różnica.

Z irytacją i ze zniechęceniem odbieram płaskie i pozbawione myśli przekraczającej krąg aktualnej partyjnej poprawności komentarze czołowych polityków partii opozycyjnych. Tych uciekających od telewizyjnej młócki policzyć mogę na palcach jednej ręki. Tak samo z publicystami z powagą roztrząsającymi to co nieodkryte, jeśli chodzi o fakty, ale „niewykluczone” (słowo wytrych, najgłupszy, jakiego można użyć w politycznej analizie) między prezesem a prezydentem. Tymczasem, jak mówiły nasze prababki: po jednych są pieniądzach. Tak łatwo zapomnieć, co było po prostu niegodne, nieprawe, kryminalne? Ułaskawienia, SKOK-i, prokuraturę, sądy, Trybunał, teatry, ONR, Mazurek, głosowania w warunkach obrażających wszystko, „komunistów i złodziei”, sorty, caracale, mistrale, puszczę, konie? Jakie znaczenie mają te dywagacje oparte na ruchomych piaskach domysłów? Co mogłoby zmienić, w odniesieniu do tych domniemań, pozycję Polski wobec sąsiadów, sojuszników, instytucji europejskich, opinii publicznej? Wobec szans w różnych ważnych negocjacjach, wobec długookresowego bezpieczeństwa Polski, w jej miejscu na mapie Europy wartości, w poziomie szacunku lub prędzej zakłopotania, z jakim odbiera się na świecie działania polskiego rządu? I, w końcu, wobec charakteru tego państwa, które jest Polską?

Moja irytacja jest tym większa, czym bardziej odkrywa się przed nami rozdźwięk między ostrością krytyki przez opozycję obozu „dobrej zmiany” a realnie podejmowanymi przez nią działaniami. Podzielam prognozę katastrofy, do której prowadzą nas (nie bez aktualnej zgody wielu Polaków) większość parlamentarna i prezydent.

1989 rok, przystąpienie do NATO w 1999 r. i do Unii Europejskiej w 2004 r.  otworzyły nas na wielkie procesy modernizacji. Ta gospodarcza, niezwykle istotna, miała i ma mniejszą jednak wagę od zmiany paradygmatu polskiej polityki. Nie ma tu dylematu: jajo pierwsze czy kura. Najpierw trzeba postępować za rozumem, a nie zmyśleniami. Kierować się poczuciem sensu a nie mitami. Reszta jest pochodną.

Wydawało się, że wielki sukces bezkrwawej zmiany, niepodległości, budowy podwalin demokratycznego społeczeństwa i państwa prawa jest dostatecznie wymownym świadectwem najważniejszej dla przyszłości narodu sprawy – odrzucenia narodowej mitologii niewolników i uracjonalnienia myślenia zbiorowego ludzi wolnych. Tego już nie ma. Minęło. Wróciło to, co było przed Sierpniem. Znowu karmimy się zmyśleniami. Znowu „zawsze zwyciężamy”. Zwyciężamy wtedy nawet, kiedy nie tylko my giniemy, ale i nasza sprawa ginie. Znów liczy się intencja, a nie skutek. Moc ma być zatopiona w naszej narodowej woli, a nie opierać się na trafności naszej diagnozy i roztropności działań.

Dziś widać już wystarczająco ostro, że w odniesieniu do kultury życia wspólnego nie osiągnęliśmy masy krytycznej, która na trwałe zakotwiczyłaby Polaków po właściwej stronie niewidzialnej linii dzielącej Europę. Pozostajemy na Wschodzie. Mimo wielkiego wysiłku dwóch, a może i trzech (licząc pokolenie mojej Mamy) pokoleń „Solidarności”.

Nie PRL jest dziś, po dwóch latach rządów PiS, w wielkiej polskiej historii epizodem, lecz właśnie: „Solidarność”, otwarty Kościół lat 70. i 80., KOR, wolna (mimo niewolnego państwa) kultura, prawa człowieka, służebność rządu wobec obywateli. Udało się PiS-owi otworzyć zakryte dotąd pokłady zła. Ich potencjał jest wielki. To zawiść i nienawiść. I wieczne nie znajdujące granic roszczenia. Teraz zwycięża dyktat większości. Zwycięża państwo opresji. I przerzuca pomosty do dawno minionych czasów, ponad czasem dla polskiej kultury niezwykłym, czasem wolności.

Piszę w czasie teraźniejszym, bo to się dokonuje na naszych oczach. Ale przecież jeszcze się nie dokonało. Nadzieja coraz mniejsza, bo bezwzględnej i słusznej krytyce rządu nie towarzyszy właściwie nic na miarę wagi oskarżeń. Opozycja jest więcej niż mierna. Jest taka sama. Choć tak różna. Nie potrafię albo nie chcę akurat teraz tego paradoksu rozwijać. Zbyt wielkie są w nim zawarte kontrowersje.

Dla każdego, kto zna ordynacje wyborcze, pamięta wszystkie wolne wybory, patrzy na ręce PiS i nie żywi się złudzeniami jest oczywiste, że nie ma innej drogi odsunięcia widma katastrofy, jak zwyciężyć w 2019 roku. Co oznacza WSPÓLNĄ LISTĘ DEMOKRACJI. Sprawę wciąż ignorowaną przez liderów. Innej drogi nie ma.

Dwie widzę przyczyny tej niebywałej niechęci dużych partii opozycji dla jedności w 2019. Pierwsza to niepewność czy ludzie dzisiaj będący w Sejmie nie zostaliby zastąpieni ludźmi, których dzisiaj tam nie ma. Niepewność wyniku konkurencji na jednej liście. Druga to księżycowe ambicje liderów. Doczekają wyborów jako liderzy swych partii, ale boją się jakiegokolwiek ruchu, który sprawę ich pozycji połączyłby ze znakiem zapytania. Lękają się bezpośredniego sprawdzianu. Nie we własnej partii, a wśród wyborców. Więcej dla nich waży przywództwo w patii niż zwycięstwo ich obozu politycznego. Najzupełniej osobisty interes. Kto uwierzy w takich patriotów? Gdzie ich wiarygodność?

Wiem, że wspólna lista może być jedynie instrumentem przywrócenia szansy na demokrację. Współczesność nie zna systemu parlamentarnej demokracji bez rywalizujących ze sobą partii. Rozlewające się po mediach społecznościowych gadanie o czymś obywatelskim, niepartyjnym („no logo”), jest wyrazem powszechnej frustracji inteligentów na system partyjny, a nie nowatorskim spojrzeniem na organizację polityki. Należy uleczyć system, a nie podejmować niemądre i beznadziejne próby wyrzucenia partii z polskiej demokracji.

Po to ten okres przejściowy, nawiązanie do Komitetu Obywatelskiego z 1989 roku, swoisty reset, naprawa. Filozofia oświeconego umiarkowania, a nie rewolucja. Ale pisanie o tym u progu września 2017 r. staje się już bardziej politycznym onanizmem niż realnym projektem. To, co nie zostanie zrobione w tym roku, nie zostanie zrobione w ogóle. Demokraci pójdą rozproszeni i nawet jeśli PiS nie zmieni PKW dla otwarcia drogi do zmniejszenia obsady okręgów wyborczych, to dysponując mieszanką gestii budżetowej, poddanej prokuratury i CBA, partyjnych mediów, polityczną przyjaźnią Kościoła, brakiem jakichkolwiek hamulców w propagandzie – wygra te wybory wystarczającą większością, by razem z Kukizem „raz na zawsze” rozprawić się z okcydentalizmem w Polsce.

Lata zmian (1975-2015) okażą się niewiele wartym epizodem polskiej kultury politycznej.

Tak zanotuje to historia. „Dobra zmiana” w edukacji narodowej, kulturze i mediach jest tak samo istotna jak w polityce europejskiej, sądownictwie, w aparacie ścigania. Rację mieć będą ci, co zawsze twierdzili, że czas „Solidarności” (tej prawdziwej, ruchu narodowo-wyzwoleńczego, a nie prawicowego związku zawodowego) to czas przedziwnego karnawału, a teraz przywracana jest normalność. PiS śmieszny w swej propagandzie trafia na podatny grunt kompleksów, roszczeń, krzywd. Opozycja nie potrafi nawet we własnych szeregach rozmawiać o tym jak to się stało, że kraj niebywałego sukcesu zaludniają obywatele wystarczająco sfrustrowani, aby odrzucić wszystko, co było fundamentem tego sukcesu. Opozycja nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że neoliberalizm nie jest i nie stanie się ideą przegranych. A zwycięstwo czy porażka to, w większości przypadków, rzecz względna, zależna od punktów odniesienia.

PiS jest partią nie tylko ludzi biednych. Jest też partią ludzi bardzo zamożnych. Neoliberalizm rozbuchany, eksponujący bezrozumnie swoje sukcesy, nieczuły na tych, którzy często nie z własnej winy odpadli w wyścigu, w którym nie chcieli brać udziału – drażni też tych, którzy odrzucają antywolnościowe, faszyzujące rządy PiS.

Nie będzie więc zmiany w 2019 r. Nie z tą opozycją. Jej liderzy nie są zdolni wypełnić dyspozycji głoszonej przez nich diagnozy.

Polska znowu wymaga pracy fundamentalnej. To nie jest zadanie dla siedemdziesięciolatków. Do tego trzeba wiary niewiedzy i energii pewności zwycięstwa. Tymczasem najlepsi wciąż emigrują. Jeśli nie fizycznie, to mentalnie. A to wystarczy, żeby Polska pozostała na peryferiach normalności.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. Wspólna lista to za małó, potrzebny jest program naprawy.
    Bez programu, opozycji PIS pokazał jak rządzić.
    Bez jasnego programu naprawy opozycja po dorwaniu się do władzy maksymalnie wykorzysta możliwości jakie zapewnił PIS rządowi.
    Bez programu naprawy lepiej niech PIS dalej rządzi.

  2. W Polsce nic się nie zmieni, dopóki Polacy nie wywalczą prawa wolnego wybierania swoich przedstawicieli do Sejmu. To naród ma decydować kto kandyduje i jest wybierany do Sejmu a nie banda oprychów, która się sama mianowała elitami.

    Tak długo jak się nie wprowadzi demokracji zachodniej, tak długo każda mowa będzie zupełnie jałowa i będzie waleniem grochem o ścianę. Rozmowa ma sens tylko tam, gdzie się podejmuje rzeczywiste decyzje. Polacy decydować o swoim państwie nie mogą. Więc nie wiem do kogo się pan Celiński produkuje, jak w Polsce nie ma do kogo.

  3. Szanowny Pa nie Andrzeju Celiński, „emerytowany, niestety, demokrato”, od ponad roku pisze Pan na swoim blogu o konieczności stworzenia jednej listy wyborczej na wybory parlamentarne przez opozycję parlamentarną i pozaparlamentarną. Na razie żadna partia polityczna i jej przywódcy nie wykazuje zainteresowania Pańskim pomysłem. Najwyższy czas, aby kierownictwa tych partii przestały zajmować się sobą i podjęły próbę stworzenia wspólnego programu wyborczego i wspólnej listy wyborczej, najlepiej – jak Pan proponuje – ułożonej alfabetycznie. Do wyborów parlamentarnych pozostały tylko 2 lata. To wystarczający czas na realizację tej sprawy. A jeśli okaże się, że PiS radujący się trwającą od miesiąca zwyżką swoich słupków w CEBOS, przekraczających 40%, podejmie decyzję o przyspieszenie wyborów i rozwiąże Sejm i Senat? Bo i z taką ewentualnością należy się liczyć!
    Po zwycięstwie PiS – u Polska z pewnością wróci na swoje miejsce peryferii europejskich.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Panie a gdzie tam przecietnego wyborce obchodza dzis jakies idealy przeszlosci. gra idzie o jego dusze. Wygra ten co umie sie wsluchac co w tej duszy gra.

  6. Pod wodzą prezesa wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje.

  7. Panie Andrzeju ,pisze Pan mądrze i trafnie ,jak zwykle.Dlatego zawsze czekam na kolejny tekst. Cóż z tego ,skoro najwyraźniej bez czekającej nas gorzkiej lekcji nie zmądrzejemy ,politycy i obywatele.Dzisiejsi Niemcy nie byliby jacy są ,bez kosztów II wojny ,chociaż ponieśli niewielką część strat jakie spowodowali.W naszej historii mamy wiele nauczek ,widocznie są zbyt odległe żeby dziś zadziałać.

  8. Emmanuel Macron jest prezydentem Francji od stu dni, a przez ten czas wydał na makijaż 26 tys. euro, czyli ponad 110 tys. zł. Pałac Elizejski tłumaczy, że wydatki były dostosowane do nagłych potrzeb. Przedstawiciele prezydenta potwierdzili informacje tygodnika „Le Point” – Pałac podczas krótkiego urzędowania Macrona otrzymał dwie faktury – na 10 i 16 tys. euro – za świadczenie usług przez makijażystkę Nataszę M., która przygotowuje Macrona przed wystąpieniami publicznymi. Urzędnicy tłumaczą jednak, że wydatki to wynik pilnych sytuacji takich jak liczne konferencje prasowe i wizyty zagraniczne, w których M. musiała mu towarzyszyć. Dodano, że koszty były wysokie, ale niższe niż w przypadku poprzedników, a w przyszłości znacznie spadną. Francois Hollande, deklarujący się jako socjalista, płacił niemal 10 tys. euro (ponad 42 tys. zł) miesięcznie za usługi osobistego fryzjera. Z kolei Nicolas Sarkozy wydawał na wizażystę 8 tys. euro (ponad 34 tys. zł) miesięcznie.
    Doniesienia o wydatkach to spory problem dla Macrona, który zbudował swój ruch polityczny na obietnicy zmian we francuskiej gospodarce. Lato skandali – jak pisze CNN – sprawiło jednak, że poparcie prezydenta drastycznie spadły z 62% tuż po wyborach do 36% w ostatnim sondażu Ifop dla dziennika „Le Figaro”. Jego poprzednik, Hollande po stu dniach rządów miał aż 46% procentowe poparcie. Co więcej, tylko 23% Francuzów uważa, że Macron zmienia kraj na lepsze.
    W lipcu rząd ogłosił serię niepopularnych oszczędności, które wprowadzono, by zmniejszyć deficyt budżetowy. Cięcia objęły świadczenia mieszkaniowe dla tysięcy studentów i mniej zamożnych rodzin. Wśród największych kontrowersji znalazła się też kwestia statusu żony Marcona, Brigitte. Prezydent chciał nadać małżonce oficjalny status Pierwszej Damy. We Francji ta rola wiąże się z dostępem do publicznych środków i zatrudnieniem pracowników. Ostatecznie Macron wycofał się z tych planów.
    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114871,22284018,prezydent-francji-wydaje-na-makijaz-tysiac-zlotych-dziennie.html#Czolka3Img

  9. Kwaśniewski w tak doborowym towarzystwie? Czy to ten Kwaśniewski który zezwolił na tajemnicze więzienia CIA w Polsce, co obywatele unijni nam na forach ciągle wypominają. Niektórzy widzą w Polsce Kwaśniewskiego i Millera współwinnego kryzysu imigracyjnego.

  10. Myśli Pan, że cokolwiek dotrze. Zrozumieją, że polityka socjalna to nie populizm, tylko obowiązek państwa, że jak zbytnio elita unurza się w dobrobycie i zapomni o tych co to nie mieli dostępu do stołu, to ci pominięci przy podziale dobra, przyjdą i sami sobie wezmą. Właśnie wzięli. Pośredniczył przy tym PiS i wziął za to sowitą prowizję.
    Szkoda przepadłych wartości, ale te przepadły z takiego powodu, że elita biznesowo-polityczna ich nie szanowała. Bo czy prawo było jednakowe dla wszystkich…
    Do tej pory było tak, że PiS wygrał trzydziestoma siedmioma procentami ale nie było takich, którzy na niego głosowali. Nie przyznawali się. Teraz się ujawniają. PiS przestaje być obciachowe.
    PiS poraził opozycję dynamiką. Siedzą ogłuszeni, nieporadni ale o pomoc fachowców nie poproszą. Schetyna robi za wszystkich – socjologów, psychologów, ekonomistów…

  11. Można zaprosić chama, który na co dzień bywa w jakimś bistro, czy innej melinie, do eleganckiej restauracji co ten jakoś zniesie, ale potem z niewysłowiona ulgą wróci do swojego baru piwnego.
    Polaków, najwyraźniej zmęczyło gonienie zachodnich cywilizacji, toteż z ulgą zaakceptowali powrót do swojskiego grajdoła, gdzie życie na wzór wschodni jest dużo mniej wymagające i niestresujące.
    Wszak wszystko zależy od zwykłych ludzi; pisowcy bez poparcia nie zwojowaliby wiele. Polakom, najwyraźniej, odpowiadają rządy ciemnogrodzkie.

  12. Miałem jeszcze coś o puszczy…
    Tu się różnimy w ocenie. Pewnie dlatego, że z wykształcenia jestem leśnikiem, co prawda potem dorobiłem jeszcze inne „kwity” i choć w lesie już nie pracuję, to do lasu wilka ciągnie.
    W przypadku wojny o puszczę mogłem obserwować, jak się opinią publiczną manipuluje.
    Muszą być ofiary – ścięte drzewa. Mnóstwo ofiar – stosy kłód wywożonych pociągami, samochodami…
    Musi być oprawca – pazerny na kasę leśnik, co to za przyzwoleniem Szyszki, tnie bez opamiętania niewinne drzewa, żeby się jeszcze więcej nachapać.
    Musi być ekspert z tytułem naukowym (specjalność eksperta jest mniej istotna, byle miał tytuł), który to wyłoży nieoświeconym, jakie to barbarzyństwo się tu dzieje.
    No i taki ekspert mówi, że ciąć nie trza, bo natura sama sobie poradzi. Łże w żywe oczy, bo studentom podaje definicję: „Gradacja występuje wtedy, kiedy zawodzą naturalne systemy samoregulacji.”
    Czyli wciska ciemnotę, że natura sobie poradzi, kiedy widać, że sobie nieradzi.
    Inny znów ekspert mówi w lutym, że gradacja właśnie się załamuje. I ten też łże, bo kornik wylatuje w kwietniu i dopiero wtedy można stwierdzić liczebność populacji.
    Kolejny znów uważa, że cięcia są niepotrzebne, bo gradacja wystąpiła już trzy lata temu, a że gradacje kornika trwają 3-4 lata to ta sama się załamie. Ten akurat mówił książkową prawdę. Tak w książkach pisze. Tyle, że mamy ostatnio warunki wyjątkowo korzystne dla kornika i gradacja sobie trwa w najlepsze, już dwa lata od tej wypowiedzi.
    O tych ekspertach co to wciskali, że gradacje i pożary są dla lasu jest ożywcze, wspominać nawet nie warto, bo to prawda, tylko nie dotyczy lasów europejskich. Widziałem powierzchnie popożarowe w Rosji. Samoodnowień tam nie było.
    Niepotrzebnie zawleczono politykę do puszczy, bo już w przyszłym roku cięcia będą znacznie mniejsze a w następnym trzeba będzie usuwać tylko pojedyncze drzewa. W miejsce usuniętych drzew na bieżąco wprowadzane będą odnowienia a w 2019 (wybory) Szyszko pokaże powierzchni pięknie odnowione dębem, lipą, osiką i oczywiście świerkiem, bo świerk tam był zawsze. Ten widok zestawi z widokiem powierzchni, gdzie nie prowadzono działań ochronnych. Tam będzie leśne cmentarzysko (bo drukarz to nie tylko świerk ale i sosna, modrzew, jodła, za nie się zabierze kiedy braknie świerka), a odnowień nijakich nie będzie. Może gdzieniegdzie coś się zazieleni. Ten pozbawiony ochrony las kiedyś się odnowi. Kiedyś. Pod warunkiem, że nie wejdą tam agresywne trawy. Wtedy będziemy tam mieć step na dziesiątki lat. A może i na zawsze.

  13. Ma Pan rację. Kasandra też miała.

  14. Smutne, ze sie musze z Panem zgodzic.

  15. „Polska wraca na swoje miejsce peryferii”…
    Wszystko przez ten PiS…

    Co najlepiej dalo sie odczuc w czasie gdy w ramach 31. Światowych Dni Młodzieży Katolickiej w roku 2016 ponad 3 miliony gosci ze 187 krajow swiata odwiedzilo Polske.
    Gdy 2016 odbyl sie pierwszy w historii…w Polsce międzynarodowy szczyt państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego (NATO) .
    Czy wreszcie gdy w 2017 Trump prezydent jedynego swiatowego supermocarstwa wybrał Polskę na pierwszy cel swojej zagranicznej wizyty w Europie…

  16. Po części zgadzam się z tą analizą, ale z kilkoma zastrzeżeniami:
    Po pierwsze nie idealizowałbym ruchu Solidarności, który od początku miał w sobie elementy antyliberalne, antydemokratyczne i antyintelektualne. Nie był demokratą Lech Wałęsa a i robotnikom-członkom Solidarności bardziej chodziło wyższy status materialny niż o wolność. Pamiętajmy, że w wyborach w 1989 roku wzięło udział 60% uprawnionych a w kolejnych frekwencja była jeszcze niższa, co świadczy o braku zaufania znacznej części społeczeństwa do nowych elit politycznych.
    Po drugie, nowy establishment polityczny (określenie „Styropian” pojawiło się w potocznej mowie nie bez powodu) skutecznie wyciął niemal całą konkurencję. PO, które dziś krzyczy o łamaniu prawa, nie kwapiło się wcale do pociągnięcia do odpowiedzialnośći osób odpowiedzialnych za to łamanie, ani nie zlikwidowało takich instytucji jak IPN czy CBA ani ich nawet nie zreformowało. Dziś za to płaci
    P.S. Lechowi Wałęsie trzeba oddać sprawiedliwość, że umiał zmienić swą postawę i zostać rozsądnym politykiem, ale dopiero, gdy został przez wyborców odstawiony na boczny tor.

  17. Czyli p. Andrzeju, Polska skazana jest na dekady PRL bis w wydaniu populistow. Z kazdym miesiacem, sekta umacnia swoja wladze poprzez nowe ustawy i rozporzadzenia. Krok po kroku tak zmienia prawo, ze beda kontrolowac kazdy aspekt zycia politycznego w Polsce. To bedzie taka Bialorus w wydaniu Polskim. Punkt krytyczny zostanie kiedys osiagniety, pytaniem jest kiedy.

  18. Ten kraj już umarł. Naród też… ten tekst jest tylko i wyłącznie lamentem nad rozlanym mlekiem. Pytaniem nie jest, co zrobić, by statek nie zatonął. Pytania brzmią, co ratować z kajuty i gdzie jest najbliższa szalupa. Dno jest coraz bliżej: finansowe, kulturalne, mentalne, społeczne, psychiczne. Pierwsze będą finanse, bo władza potrzebuje kryzysu, by poszerzyć swoje wpływy.

    PiS liczy wręcz na to, że finanse publiczne się załamią, bo wtedy będzie można zrobić porządek raz na zawsze. Pod hasłami zrównania obywateli i wyrównania krzywd utnie się oszczędności bankowe zamożnym (bo kto zabroni Janosikowi zrobić drugi Cypr?) i popchnie ich w kierunku własnych problemów, by zamknęli się na dłużej i odczepili od polityki. Z zewnątrz nam nikt nie pomoże. Nowe prawa, większe możliwości…. najpierw zbić najbiedniejszych, by potem połaskotać ich kromką chleba wzamian za krzyżyk w wyborach. Uciekaj, kto może, bo dno coraz bliżej.