Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

14.10.2017
sobota

Lekarze rezydenci, finansowanie studiów, drenaż budżetu

14 października 2017, sobota,

Popieram postulaty rezydentów. Uważam je za słuszne i uzasadnione. Powinno być jednak dla wszystkich zainteresowanych – czyli najpierw dla obywateli – oczywiste, że postulowane minimum 6,8 proc. PKB na zdrowie wymaga prawdziwej, rzeczowej, maksymalnie wyczyszczonej z emocji debaty. Nawet gdyby realizacja tego postulatu miała oznaczać tylko zmiany w strukturze wydatków budżetu, co zresztą nie wydaje mi się słuszne. Debatę and finansowaniem (i organizacją) publicznego systemu opieki zdrowotnej najlepiej tak umiejscowić w czasie, by do jej najistotniejszych kwestii musiały się odnieść partie walczące o władzę. Czyli w roku przedwyborczym. Jest to bowiem splot zagadnień, w których obywatele powinni mieć głos.

Zdrowie nie jest wcale bezcenne, jak chcieliby widzieć powinności państwa zwykli ludzie i co w debatach politycznych plotą populiści. Zdrowie ma swoją cenę. Szczególnie w politykach dotyczących serwisów publicznych, takich jak system opieki zdrowotnej, gdzie trzeba wybierać, na co wydaje się pieniądze i gdzie ich zasób zawsze jest i będzie ograniczony.

Oczywiście łatwiej schować się za murem hipokryzji, niż mówić to, co istotne dla wypracowania systemu satysfakcjonującego możliwie szerokie rzesze ludzi. Na zdrowie zawsze przecież można by wydatkować więcej, niż się to robi: od badań przesiewowych, profilaktyki, po podtrzymywanie życia zmierzającego ku nieuchronnemu końcowi.

Kiedy przeprowadzimy wreszcie taką debatę i wypracujemy w jej wyniku system organizacji i finansowania zdrowia, który cieszyć się będzie weryfikowanym w wyborach poparciem społeczeństwa, będziemy mogli uznać, że jakiś istotny etap budowania społeczeństwa obywatelskiego i demokracji mamy za sobą. Jest to odległa przyszłość. Wykraczająca poza horyzont mojego życia.

Dzisiaj bieżącym wyzwaniem są pieniądze w publicznym systemie ochrony zdrowia. Ściślej: wynagrodzenia lekarzy rezydentów. Trzydziestolatek (nikt chyba wcześniej nie kończy z sukcesem rezydentury), a więc człowiek statystycznie rodzinny, nawet z dziećmi, z takim wykształceniem, jakie ma, odpowiedzialnością zawodową i alternatywą życiową – nie może być usatysfakcjonowany kwotą nie wyższą niż 2880 netto (3900 brutto). Uznając postulat płacowy rezydentów za całkowicie uzasadniony, chcę poruszyć inne zagadnienie – finansowania studiów medycznych.

Studia medyczne są w wielu aspektach wyjątkowe. Trudno się dostać. Bez prawdziwie wysokiej punktacji za maturę z biologii i chemii o rozszerzonych programach nauczania nie ma szans na medycynę. Nauka trwa długo. Siedem lat z obowiązkowym dla otrzymania uprawnień stażem. Są to też studia wyjątkowo wymagające. Taki dyplom ceniony jest w świecie. Polskie uniwersytety medyczne, pewnie dzięki temu, że wykształcenie lekarza jest tak bardzo kosztowne, nie pozostawiły niszy dla szkół prywatnych. Kogo byłoby stać na 8-9 tysięcy miesięcznie czesnego (minimum 100 tysięcy rocznie)? Polscy lekarze, dzięki jakości wykształcenia i kosztów kształcenia, w zamożnych społeczeństwach Zachodu są w świecie cenieni. Od Skandynawii przez Niemcy i Kanadę po Australię przyjmowani są z otwartymi ramionami.

Koszt studiów to pół miliona złotych. Tyle płaci budżet. Czyli my wszyscy. Jest jeszcze koszt życia. I wyjątkowo wysoki wobec większości innych kierunków studiów – koszt książek. Na studiach medycznych nie ma czasu na czytanie w dzień. Książki studiuje się po nocach. Biblioteki są wtedy zamknięte. Do niektórych podręczników i atlasów trzeba wracać, powinny być pod ręką. Te prywatne koszty też są istotne dla debaty publicznej. Różnicują bowiem, obok jakości liceów przyszłych studentów medycyny, szanse młodych. Odnieść się z tym można do kwestii sprawiedliwości, ale też właściwej selekcji najlepiej predestynowanych do tego zawodu ludzi.

Aktualny system finansowania studiów medycznych w połączeniu z warunkami kształcenia specjalistów i okolicznościami zdobywania uprawnień, a także system wynagradzania lekarzy i innych zawodów medycznych – otwierają wrota dla drenażu budżetu.

Proponuję rozważyć taką koncepcję. Wszystkie pieniądze, jakie państwo wydatkuje dziś na studia medyczne (500 tysięcy/rok/student), tworzą Narodowy (modne dziś słowo) Fundusz Kształcenia Lekarzy. Określa on co roku, na podstawie analiz przyszłych potrzeb, limity opłacanych z tego funduszu najpierw studiów ogólnych, potem kierunków, w końcu specjalizacji. Pieniądze te trafiają do studentów, którzy opłacają nimi studia tam, gdzie zechcą studiować. Byłby to dodatkowy, quasi-rynkowy czynnik kontroli jakości studiów. Te pieniądze byłyby kredytem pod hipotekę indeksu, czyli dostępne dla każdego, kto spełnia kryteria, pośród których nie ma kryteriów finansowych (zamożność rodziców itp.). Lekarz spłacałby to zobowiązanie w całości, części lub w ogóle by nie spłacał w zależności od wysokości uzyskiwanego dochodu, wedle jakoś określonej (wynegocjonowanej systemowo) proporcji i po osiągnięciu określonego minimum dochodowego. Koszty zasobu ludzkiego w systemie publicznej opieki medycznej musiałyby być, rzecz jasna, uwzględnione w wycenach stosownych procedur.

Oczywiście można niczego nie ruszać. Utrzymać nieodpłatne studia, których absolwenci będą realizować ich wartość w zamożniejszych i lepiej opłacających wyjątkowe kwalifikacje społeczeństwach, w których jednak studia są płatne z prywatnej kieszeni (choć na ogół kredytowane). Można też zamykać oczy na powiększający się przynajmniej w niektórych specjalnościach deficyt lekarzy (pielęgniarek i innych zawodów medycznych). Można nic nie robić, wiedząc, że każda próba zmiany nieefektywnego, ale przecież istniejącego już systemu wywoła napięcia społeczne, falę hejtu, pożywi populistów.

Wszystko więc można. A jeśli wszystko można, to może fajniej byłoby wzbić się na wyżyny i zrobić coś, co przynajmniej na kilkadziesiąt lat uracjonalni działania i odpowiedzialność państwa w jednym z najważniejszych obszarów jego odpowiedzialności.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Studia w Polsce są za darmo dla tych, którzy się dostaną. Komplikowanie systemu go nie uzdrowi. Natomiast więcej rezydentur ograniczyłoby wyjeżdżanie lekarzy.

  2. Przeczytałam pana komentarz w wielkim zainteresowaniem. To chyba pierwsza uwaga że studia medyczne kosztuja i to sporo. I jeśli lekarze zaraz po studiach wyjeżdżają to jest to strata dla całego społeczeństwa i dla budżetu. Selekcja przed studiami medycznymi z wiedzy jest tez nie wystarczjajca , bo nadal sporo studentów rezygnuje po 1 lub 2 gim roku, co się przekłada na stratę konkretnych pieniędzy.
    Służba zdrowia jest machina bardzo kompleksową i bez merytorycznego podejścia nie da się jej rozwiązać.latanie dziur tylko pogorszy rozpadający się system.
    Wzorców jak rozwiązać jest dużo tylko trzeba mieć odwagę by się tym zająć.
    Nadal w Polsce pokutuje Judymowskie podejście do zawodu lekarza, ktory ma służyć a nie pytać za ile. Kiedy wokoło wszyscy pytają ile dostaną za wykonywaną pracę.
    Lekarz po 15 latach edukacji ma prawo zarabiać godnie, na tyle żeby nie był zmuszany sytuacja finansowa by dorabiać. Lekarz bo 1 miesięcznym kursie może zostać kierowcą tira , hydraulikiem, górnikiem ale oni w ciągu miesiaca lekarzami nie zostaną.
    Kierunek opieki zdrowotnej zmienia się dramatycznie. Zapobiegnie wczesne usprawnienie po leczeniu jest priorytetowe. Do szpitala przyjmowani są chorzy którzy takiej szpitalnej opieki wymagają, a nie kładą się na przebadanie i zdiagnozowanie bo nie wiadomo co mu jest. Przebadanie robi się w systemie klinicznym w przychodni lub u specjalisty.
    Stany przedzawalowe wymagają natychmiastowego leczenia szpitalnego, bo zapobiegają zawałom serca czyli permanentnego uszkodzenia mięśnia sercowego.
    Do tego potrzebna jest karetka paramedyk który potrafi udzielić 1 pomocy, oddział przyszpitalny z wykwalifikowana pielęgniarka i dostępnym lekarzem, który zlecił EKG i dodatkowe badania i oddział kardiologiczny że specjalista , który wykona angiografię i założy stenty jeśli będzie taka potrzeba . A potem rehabilitacja kardiologiczna w sanatorium przez 3 tygodnie. To wszystko kosztuje ale przywraca życie i pełny powrót do zdrowia i produktywnej pracy. Brzmi jak bajka ale tak się leczy na tzw Zachodzie.
    To tylko przykład choroby wieńcowej która jest 1 sza pod względem śmiertelności.
    Uważam że tylko poprzez rzetelna dziennikarska informacje można i powinno sie edukowac społeczeństwo, że dbałość o służbę zdrowia leży w ich bezposrednim interesie. Bez pielęgniarek ,które są obecnie wykszlconym personelem medycznym służba zdrowia padnie. To one pierwsze informują lekarza w szpitalu o pogarszającym się stanie zdrowia. Znają objawy przez doświadczenie. I to one wielokrotnie ratują życie bo zwracają lekarzowi uwagę one są obecne cały czas dlatego musi ich być dużo. To jest wykwalifikowana praca która też musi być dobrze opłacana.
    Sanatoria to też osobny temat . Już słyszę głosy mnie się należy.
    Należy się tym którzy zglednie szybko powinni być usprawniani. Po wszystkich zabiegach ortopedycznych. O kardiologiczna już wspomniałam.Nie wiem czy państwo polskie stać na zapewnienie wypoczynku za pół darmo jak to było za komuny.
    A jeszcze sprawa feudalnosci ordynatorów którzy traktują oddział jak swoj prywatny i przyjmują pacjentów na tzw przebadanie zamiast to zrobić przedtem w systemie przychodni.
    Lekarz prowadzący nie może mieć finansowej odpowiedzialności za zlecone badania. Toż to paranoja jakaś.wiadomo że zleci jak najmniej i nie zdiagnozuje właściwie.
    Czas uświadomić społeczeństwu że Judymowskie czasy się bezpowrotnie skoczyły. Weszliśmy w technikę która kosztuje tak samo jak edukacja.