Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

7.11.2017
wtorek

Minęły lata, dekady, ustroje

7 listopada 2017, wtorek,

Kolej wielkich prędkości, lotnictwo cywilne i wodotrysk z gwizdkiem – podstawą naszego rozwoju. Niżej słowo o dokumentach państwowych. I o państwie?

Rok, może półtora roku przed Sierpniem (1980 – informacja dla młodych) pracowałem w miejscu raczej nierzucającym się w oczy, gdzie przygotowywano projekty rozwoju dla pewnego ministerstwa. Nie zlecano tej pracy politechnikom ani nawet własnemu resortowemu instytutowi, tylko nic nieznaczącemu biuru projektowemu, w którym ukryta była zatrudniająca mnie komórka.

Chodziło zapewne o to, by jacyś naukowcy, wolne ptaki, nie wykłapały za wiele o tym, co te badania ukazywały. A ministerstwo coś jednak chciało wiedzieć. Resort musiał wykazywać się rozwojem. Był wiceminister odpowiedzialny za rozwój, był departament, był budżet. Kryterium rozwoju – najprostszym w użyciu, z czasem jedynym – było zgrabne, bezkonfliktowe wydatkowanie przeznaczonych na rozwój pieniędzy. Może to była przyczyna, dlaczego nie politechnika, nie instytut, lecz biuro projektów się tym zajmowało? Nie wiem, czy historia gospodarki socjalistycznej jest gdzieś nauczana, ale kto powyżej sześćdziesiątki – inżynier, zwłaszcza zaś projektant zatrudniony w jakimkolwiek biurze projektów – ten wie, że tam jak nigdzie sztuka fakturowania i pokrewne sztuki osiągnęły najwyższy poziom. Do dzisiaj uśmiecham się na pamięć jednej pozycji: prace lekturowe. Ile tam można było godzin nabić! Aczkolwiek, jak w całym ruskim obozie, bez przesady. Wszystko musiało być szare, zrównoważone, niewpadające w oczy.

Moim zadaniem było opracować część przeprowadzonych przez nas badań w formie rozdziału raportu końcowego. I „dla ministra” streszczenie.

Przyjmując robotę, zapytałem szefa o kryteria jej późniejszej oceny. Kręcił. Staż jakiś już miałem, doświadczenie, oko na nonsensy, lubię porządek. Złośliwie więc trochę (wobec sytuacji, nic osobistego) zapytałem: „No dobrze, powiedz przynajmniej, ile to ma mieć stron?”. Żachnął się. Był inteligentny. Rozumiał pytanie, rozumiał sytuację, znał ustrój i zleceniodawców, nie chciał kontynuować krępującej go rozmowy. „30”, odpowiedział na odczepnego.

Nie wiem, czy zauważył, kiedy półtora dnia przed terminem położyłem przed nim moją cześć raportu. Miała 29 i pół strony. Merytorycznie mogłaby mieć z 8, 10 najwyżej. Reszta była watą, barokiem.

Żadnych numerów ze spacją, z marginesem. Te rzucają się w oczy. Nie wiem już, czy z głupoty czystej czy miał to być nie do końca przemyślany żart, może psychiczna (nie całkiem statystycznie normalna) potrzeba – ale w sam prawie środek wsadziłem dwie strony wyjęte z więcej już niż politycznie nieaktualnego raportu pewnej komisji Biura Politycznego (tzw. komisji S/S, obaj dawno byli poza burtą). Absolutnie w końcówce lat 70. nieaktualne. Nawet gorzej – w tych latach niecenzuralne.

I nic! Nikt nie zauważył. Zaczynając od szefa.

Minęły lata, dekady, ustroje, ludzie. I wpadł mi w ręce – wierzcie, że absolutnie przypadkiem – jakiś dokument, objętościowo wielki jak książka (już to nakazuje uwagę – jak można wziąć milion albo pięć za 20 stron?) o strategii rozwoju województwa lubelskiego. I znów Pan Bóg, to naprawdę był przypadek! I ten dokument w rękach, i ta strona, która swoją treścią się na mnie otworzyła. Podrozdział o transporcie publicznym. I tam jednym tchem: będziemy rozwijać kolej wielkich prędkości i lotnictwo cywilne. KROPKA.

Zaznaczam: to był dokument dotyczący województwa, nie Lublina. Więc jeśli kolej wielkich prędkości (co mogłoby mieć sens), to jedynie dla Lublina. Jak taka by się miała rozpędzać między Dęblinem a Puławami? Puławami a Nałęczowem? Nałęczowem a Lublinem? I dalej przez Piaski (potem gdzie: na Chełm czy Zamość?). Hamulce by się jej spalały szybciej, niż rosły przychody. No dobrze. Jest ta kolej. Ale (wciąż pamiętajcie, że o województwie mowa, a nie Lublinie) co z tym lotnictwem? Ruch generuje Lublin. Ilu lublinian będzie latać do Chełma, Zamościa, Tomaszowa, Krasnegostawu, Puław? Nie mówiąc o tych, którzy będą latać między Dęblinem a Tomaszowem Lubelskim.

Nie papier mnie interesuje. Mnie ciekawią pieniądze. Te zwłaszcza, które KTOŚ wydatkował. Podstawa. Cel. Weryfikacja. Procedura.

To jest Polska właśnie. Patriotyczna jak cholera. Na ceremoniach oddająca się Bogu i ojczyźnie. Na co dzień bezmyślności i kasie (własnej).

Nie wiem, kto był w tym Lublinie, kiedy przyjmowano ich „strategię”. Nie chce mi się poświęcić tych pięciu minut, aby w internecie sprawdzić. Bo to wszystko jedno jest. Polski problem to nie Kaczyński, nie PiS, nie PO-PiS i nie PO nawet z Nowoczesną (albo i bez niej). Nie PSL ani SLD. Nie Samoobrona. Plemienność zaś, jak sądzę, bywa zasłoną dymną.

Dzisiaj czytam, nieuprawniony, pewien dokument. Inny niż ten z Lublina. Najbardziej współczesny. Nie mogę powiedzieć, jaki. Nie moje życie zależy od tego, co się z nim stanie. Czytam w nim: „Prace lekturowe”. I w głowie mi się kłębi, czy tego magistra wyceniono niżej czy tak samo jak tego profesora? I po co nam profesorowie, nawet tak samo jak magistrowie wyceniani za „prace lekturowe”?

I widzę siebie w 1978 r. To samo. Tak samo. Takie samo. Po co więc była ta rewolucja?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop