Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

10.11.2017
piątek

Święto Niepodległości 2017 i 2018

10 listopada 2017, piątek,

Za rok stulecie. Wielkie ceremonie, emocje. Większa ciekawość historii, spraw państwa, polityki o horyzoncie ponadkadencyjnym. Magia liczby.

W tym roku mamy coś jakby próbę generalną. Zwiastun. Ale też doświadczenie i – może – refleksję.

Zwłaszcza przyszłoroczna rocznica odzyskania niepodległości – sposób jej obchodzenia, jej magiczna wyjątkowość, ale też szczególny moment w historii Polaków, chyba zwrotny – będzie miała wielkie znaczenie. Myślę przede wszystkim o tym, co będzie nam towarzyszyć w mediach, szkole, kościołach, przestrzeni placów i ulic. To wszystko będzie trwalsze niż rok jubileuszowy.

Wszędzie w Europie czuje się to, co my czujemy tu, w Polsce: swoiste intermezzo w dziejach. Żyjemy na granicy epok. W jakimś przejściu. Nie wiemy, co dalej. Coś się kończy (liberalna koncepcja państwa jako rzecz oczywiście niepodważalna i „ostateczna”, rozluźnienie spoistości wewnętrznych wokół państwa i narodu na rzecz filozofii i praw człowieka, głębokie transfery socjalne, edukacja i godnie płatna praca jako dobra powszechnie dostępne, niejako gwarantowane), a nie widać nawet konturów tego, co nastąpi.

Wiszą nad nami pytania, na które nie mamy odpowiedzi, a które dotykają fundamentów państwa i Europy nie tylko w sensie kulturowym, cywilizacyjnym, ale i politycznym.

Mam nadzieję, że wzbierająca, zapewne z lęku, fala nacjonalizmów – a przynajmniej wzmożenie egoizmów krajowych – zmieniając Europę, nie dotknie tego, co najważniejsze: że człowiek jest istotniejszy od narodu i państwa, że kolektywne, sterowane przez państwo myślenie nie stanie się znowu obowiązkiem. Mam nadzieję, że lekcja dwóch cywilizacyjnie katastrofalnych wojen pierwszej połowy XX wieku i różnej treści autorytaryzmów oraz czerwonego i brunatnego totalizmu zostanie przekazana kolejnemu pokoleniu. Obawiam się zaś, że ta lekcja – pozostając w pamięci społeczeństw europejskiego jądra – zostanie świadomą działalnością polskiego rządu, wyparta z elementarza polskiej debaty publicznej. U nas to władza wzbudza nacjonalizm, szczuje na demokratów, imperatyw swojego władztwa stawia ponad przyszłość Polaków. To nie jest tylko obłędna doraźność w zakresie finansów publicznych. To podporządkowanie relacji międzynarodowych oraz polityki bezpieczeństwa nagiemu interesowi władzy.

Po naszym cudownym czasie względem Europy weszliśmy w jakieś straszne zawirowanie. Tak absurdalne, że nie chce się wierzyć, że obiektywnie go doświadczamy. Nie chce się wierzyć, że to nie jest senny koszmar, lecz jak najbardziej rzeczywistość.

Jesteśmy podzieleni jak nigdy. Nie tylko politycznie, ale i kulturowo. Jakieś różnice są zawsze. Czasem zbyt wielkie. Ale nie o różnice chodzi. Celem podziałów jest wykluczenie. PiS zresztą nie ma w tej robocie prawa wyłączności. Ani nawet partie. Aktywny w tej robocie był też Kościół katolicki (który, zdaje mi się, zaczyna rozumieć skutki swego sposobu bycia) i niektóre media. To jest coś więcej niż nienawiść. Polityka wykluczenia oddziałuje na miejsce państwa i jego instytucji w głowach i sercach obywateli. Współokreśla stopień identyfikacji obywateli z państwem. Identyfikacji prawdziwej, a nie tej wydzierganej tuszem na klatach piersiowych. Która zresztą nie wydaje mi się znakiem patriotyzmu, lecz jakichś poważnych deficytów, lęku, zagubienia.

Po co nam rządowe i kościelne wzmożenie reprodukcyjne, jeśli rząd i Kościół jak toporem przecinają Polaków na pół? Siłą narodu jest jego spójność bardziej niż płodność. Padły i padają słowa, z najwyższych ust, których nie wolno było wypowiedzieć. Przyjmowane są prawa, które nigdy nie powinny być przyjmowane. Zawłaszczane są wspólne dotychczas instytucje. Konsekwentnie realizowana jest polityka wykluczania z: państwa, Kościoła, historii. Zaczyna się zawsze od słów, potem są prawo i praktyka instytucji państwa.

Gdyby te dwa słowa – „komuniści i złodzieje” – nie dostały sankcji prawnej, ich skutki dałoby się odwrócić. Ale już się nie dadzą. To jest trwałe zniszczenie kawałka wspólnego dotąd państwa. To dewastuje zarówno naród, jak i każdego obywatela z osobna.

Kiedy myślisz o niepodległości, myślisz też o narodzie i państwie. Trawi mnie niepokój, czy te 38 milionów Polaków w kraju i te 8-10 milionów poza krajem to jeszcze jest jeden naród. Polacy różnią się dzisiaj fundamentalnie wobec zdarzeń z historii Polaków, co do których dekadę temu nie było wątpliwości. Choćby tzw. żołnierze wyklęci, kategoria pojemna jak ocean, wypychają dziś z historycznej pamięci, nie bez udziału państwa, pamięć Armii Krajowej. Zaczęło się od wybuczenia Władysława Bartoszewskiego, idącego do grobów poległych kolegów. Człowieka z panteonu zasłużonych w walce i zasłużonych w czasie pokoju, będącego wzorcem niepodległościowca, obywatela i personalisty w jednym. Karski-Kozielecki, Nowak-Jeziorański, Bartoszewski, Wojtyła. Dla naszego pokolenia, pokolenia przed naszym i pokolenia za naszym kilkanaście lat temu nikt, poza Benderem i naprawdę nielicznymi ludźmi jego proweniencji, nie kwestionował prawości akurat tych naszych narodowych bohaterów. Zdawało się, że buczący to margines.

Przesunęła się granica wstydu i przyzwoitości. Dotyczy to też pamięci źródeł współczesnej niepodległości. Lech Wałęsa. Opozycja demokratyczna i opozycja niepodległościowa lat 70. Jest nawet wielka instytucja państwowa, której celem jest zmiana historii najnowszej, poniżenie bohaterów, likwidacja społecznie pozytywnych skojarzeń, odebranie Polakom dumy z bezkrwawo odzyskanej niepodległości, suwerenności i demokracji. W robotę tę zaangażowani są urzędnicy państwa. Czy wobec tego możemy mówić o wspólnym dla nas wszystkich państwie? O naszych wspólnych instytucjach?

99. rocznica niepodległości. Za rok równe 100 lat. Jest magia liczb. Z uwagi na okoliczności będzie to wielkiej wagi czynnik kształtujący kapitał ludzkich umysłów, obywatelskie postawy Polaków, czyli to, co najważniejsze dla przyszłości narodu.

Obawiam się władzy, która zechce wykorzystać ten moment dla mentalnego spętania Polaków, zwłaszcza młodych, swoją oryginalną wersją historii, archaiczną koncepcją relacji obywatel – władza, azjatycką filozofią władzy i filozofią praw człowieka. Obawiam się władzy, która nie będzie się wahać głębiej dzielić.

Okoliczności 2018 r. są najzupełniej odmienne od okoliczności 1918 r.

Dzisiaj nasza pozycja zależy przede wszystkim od wartości kapitału ludzkiego, który przekłada się na znajomość i twórczą akceptację tych kodów kultury własnej i kultur europejskich sojuszników, które sprawdziły się dobrostanem Europy, pokojem, jej rozwojem i jej bezpieczeństwem. Nasza pozycja leży także na naszym wkładzie w rozwiązywanie problemów całej wspólnoty i w solidarności. Dla Polaków europejski kontekst polityki jest dzisiaj być albo nie być Polski suwerennej. Nie ma w tym miejscu Europy miejsca dla wolnego elektronu. Dla odyńca. Nie ma najmniejszej potrzeby ani przyczyny, by naszymi relacjami z innymi Europejczykami powodowały kompleksy, frustracje, lęki. Uczestniczymy w wielkim procesie, którego końca nie ma i nawet nie znamy dość bliskiej jego przyszłości, ale jak dotąd wyróżnił Europę jako miejsce dla człowieka szczególne. Do którego chce się przybyć i z którego raczej się nie ucieka. Ale to są rzeczy pochodne. Najważniejsza jest kultura. Kapitał ludzki. Umiejętność czytania znaków nadchodzącego czasu. Nie po to, by dawać się unosić na aktualnie wzbierających falach, lecz po to, by trafnie wybierać rozwiązania budujące bezpieczny dobrostan własnego kraju. W Europie.

Zobaczymy, czy dojrzeliśmy do tej możliwości. Przede wszystkim: czy władze Niepodległej dojrzały.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop