Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

4.12.2017
poniedziałek

Co dalej z projektami ustaw o SN i KRS?

4 grudnia 2017, poniedziałek,

Jest pięć możliwości. Prezydent może jeszcze wycofać każdy z dwóch projektów. Może nie robić nic, podpisać. Może podpisać jeden (łatwiej mu byłoby KRS), a drugi wyrzucić do kosza. Może ponowić weto. Może skierować ustawę o SN do bezprawnie wziętego przez PiS (przy jego zaangażowaniu) Trybunału Konstytucyjnego. Teoretycznie jest też możliwe wycofanie się PiS z najbardziej bulwersujących poprawek i powrotu do wersji uzgodnionej między Dudą a Kaczyńskim, Muchą a Piotrowiczem. Jakakolwiek będzie decyzja, mamy do czynienia z deliktem konstytucyjnym.

Praworządność wymaga postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu. Nie tylko za te dwie ustawy. Jeśliby ktoś porównywał tę perspektywę do braku takiej odpowiedzialności ludzi stanu wojennego, albo w ogóle PRL, to różnicę robi (poza tym, że Trybunał powołany został już po wprowadzeniu stanu wojennego) jedna, za to wielkiego znaczenia okoliczność – Jałta. Tu wytłumaczenia nie ma. Prezydent wraz z marszałkami parlamentu i rządem uczestniczy w zamachu na konstytucję. Jeśli bardziej odległą konsekwencją stanie się kryzys Unii Europejskiej, historia oceni ich właściwie. To ich obóz przywrócił do obiegu medialnego słowo i to, co ono oznacza – targowica.

Istotne są okoliczności, sytuacja prezydenta. Prezydent wielokrotnie pogwałcił konstytucję, której powinien być strażnikiem. Tryb, w jakim działał, szczególnie w przypadku sędziów dublerów, pokazał, że swoje czynności wykonywał ze świadomością ich prawdziwego znaczenia. Jeśli za jego życia przywrócone zostaną w Polsce zasady i praktyki państwa prawnego, stanąć powinien przed Trybunałem Stanu. Nie jest to, przypuszczam, bliska perspektywa. PiS ma licznych zwolenników, których decyzje wyborcze mają podtekst kulturowy, nie tylko polityczny. Trudno sobie dziś wyobrazić, bez jakiegoś gwałtownego załamania indywidualnej konsumpcji, wystarczająco wysokie zwycięstwo opozycji demokratycznej, by zebrała 374 posłów i senatorów, dwie trzecie Zgromadzenia Narodowego. Jest to jednak możliwe. Jeśli nie zaraz po 2019 roku, to nawet w 2050 czy 2060. Nie przypadkiem Kaczyński kazał wszystkim swoim współpracownikom palić mosty za sobą. Nie przypadkiem sam na czas czynienia z prawa bezprawia założył rękawiczki. Jego odpowiedzialność można ująć jedynie w kategoriach podżegania. A to Kodeks karny, nie Trybunał Stanu.

Okoliczności sprzyjają zakończeniu etapu godnościowych gestów ze strony prezydenta. Kontynuacja rządów PiS leży w jego najżywotniejszym interesie. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jego wycofanie ze sprawy. Pozostanie pusty lipcowy gest. Dla obywateli bez znaczenia, ważny dla niego samego i dla najbliższej rodziny. Będą jakoś mogli siąść razem do wigilijnego stołu. Powie: próbowałem, nie udało się. Moc zła jest ogromna. Sami widzicie. Podzielmy się opłatkiem.

Najprostsze byłoby wycofanie z Sejmu obu projektów. Do jutra jest to możliwe. Pretekst ma dobry. Coś uzgodniono, w komisji wyrzucono te uzgodnienia do kosza. Takie rozwiązanie pozwoliłoby prezydentowi zachować twarz. Przesunęłoby w czasie demolkę SN i KRS. Dałoby też jakąś szansę na późniejsze ułożenie roboczej relacji z prezesem. Udawać by można, jeśli byłaby taka potrzeba, że nic w tym osobistego. Ziobro i Piotrowicz namieszali, ale nie główni aktorzy.

Weto w przypadku obu projektów jest najmniej prawdopodobne. Ceną weta byłoby wykopanie rowu nie do zasypania. Izolacja. Jedna kadencja. Prezydent tego nie zrobi. Nie ten charakter, nie ta osobowość.

Zdaje mi się, że projekt ustawy o KRS prezydent bez wahania zaakceptuje. Po prostu kolejny, nie pierwszy delikt konstytucyjny.

Trudniej mu z Sądem Najwyższym. Tu idzie o honor, o rzecz osobistą. Podległość Kaczyńskiemu jakoś znosi. Kaczyński dał mu możliwość kandydowania. Kaczyński jest niekwestionowanym liderem tego obozu. Kaczyński mógł wybrać Szydło, a wybrał jego. Ale Ziobro? Już nie tylko Macierewicz – pokolenie rodziców, teściów, jakaś legenda. Ziobro, niegdysiejszy promotor, który drapie nosem chmury, dziś ledwie minister z łaski prezesa. W gadce równie sprawny. Niemal rówieśnik. Trudno znieść tak wielkie upokorzenie.

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się to, co też najbardziej w tej tragedii byłoby śmieszne: akceptacja ustawy o KRS i skierowanie ustawy o SN do Trybunału Konstytucyjnego. Prezes osiągnąłby ostatecznie swój cel. Prezydent zaś zapomni o upokorzeniu, szusując po stokach Pilska. Jutro się dowiemy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop