Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

3.04.2018
wtorek

Satysfakcjonująca nadzieja

3 kwietnia 2018, wtorek,

Na marginesie sprawy nieludzkiego więzienia.

Nie znam statystyk. Jeśli są, to i tak bym nie uwierzył w ich rzetelność. Mogłoby się zdawać, że wobec rozwoju techniki (por. logowanie aparatów telefonicznych, internet, DNA, kamery) i kwalifikacji oficerów policji i prokuratorów bicie zatrzymanych jako metoda dochodzenia prawdy pozostaje w zamkniętej przeszłości. Sprawa Tomasza Komendy (spędził 18 lat, niewinny, w więzieniu) nie pozwala milczeć.

Ta sprawa nie wygląda na tragiczną pomyłkę. Wygląda na konsekwencję systemu. Być może skazanie niewinnego nie zdarza się często – nie tyle jednak liczba takich przypadków, ale przyzwolenie w instytucjach wymiaru sprawiedliwości (także sądów) dla takiej „metody” śledztwa jest znakiem kultury prawnej, jaką tworzymy lub tolerujemy.

„Superwizjer” TVN24 to program w mojej ocenie topowy, niezwykły. Waga podejmowanych tematów, rzetelność, możliwość głębszej wypowiedzi i merytorycznej konfrontacji, kultura reportażu i rozmowy, dociekliwość – wszystko to sprawia, że staram się, jeśli to możliwe, obejrzeć i wysłuchać. Tym razem, chyba 31 marca, doszła jeszcze najwyższej próby dyskrecja autora reportażu i dziennikarza prowadzącego. Brawo!

Swoją drogą zadziwiająca była sama ocena podejrzanego o morderstwo i gwałt ze strony zaangażowanych w sprawie śledczych i sędziów. Uważano, że jest opóźniony. Ja myślę, że policjant, prokurator czy sędzia, jeśli ma przed oczami tak kategoryczną opinię i widzi człowieka, którego ta opinia dotyczy, tym bardziej powinien uważać. O ile określenia „służby państwa” bądź „służby sprawiedliwości” nie są tylko przepełnionymi hipokryzją sloganami ludzi, którzy za stworzoną przez nie tarczą czują się wywyższeni.

Reportaż „Superwizjera” pokazuje człowieka o ponadprzeciętnej inteligencji, mocnej, zintegrowanej osobowości, silnego na tyle, by przeżyć w nieludzkich warunkach systemu. Świadomie to piszę – systemu. Wszystko porusza, nie tylko inne znane przypadki zdarzeń zadziwiających, jak ten zakończony śmiercią na wrocławskiej komendzie, lecz może bardziej kultura ukrywania patologii w policji, kryteria sukcesu, bylejakości w prokuraturze, wyniosłości w sądzie. Nie twierdzę, że to powszechne. Twierdzę, że na tyle częste, by mówić o systemie.

Więzienia, areszty, izby zatrzymań to miejsca zamknięte przed zwykłymi ludźmi. Nie udawajmy, że zasada niewinności, dopóki wina nie jest udowodniona i przez sąd stwierdzona, jest powszechnie uznana. Człowiek oskarżony jest sam. Niezależnie od tego, czy jest winny. Czasem jedynie najbliższa rodzina pozostaje z wątpliwościami. Powściągając emocje, można powiedzieć, że próby ukrycia policyjnej zbrodni albo zgoda na niedopełnienie obowiązków, niedbałość czy krycie kolegów w prokuraturze to znaki patologii systemu, a nie tylko dowód dewiacji tego czy innego funkcjonariusza.

W programie pada pytanie do Tomasza Komendy: jaka była rzeczywistość? Tragiczna, odpowiada. Zapytany o sprawę strażnik więzienny mówi, że sam, jeśliby był niewinny, nie przeżyłby tego, co ten człowiek z takim wyrokiem musiał przeżyć.

Pytanie na końcu programu: czy winni powinni być ukarani? Oczywiście, odpowiada Komenda.

Kim byli ci winni? Jedno nazwisko padło. Prokurator w 2009 roku, pierwszy, który powziął wątpliwość. Coś/ktoś go zatrzymał. O ile wiem, sprawa jak ta – o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, z gwałtem wobec nieletniej – należy do katalogu raportowanych ministrowi. Myślę, że kiedy w takiej sprawie rodzą się uzasadnione wątpliwości, ich raportowanie aż do samej góry jest oczywistością. Zdarzają się błędy tragiczne w skutkach. Być może pomylił się prokurator podpisujący akt oskarżenia. Ale mówić, że nie żałuje swej decyzji, to przedziwna deklaracja. Świadczy to nie tylko o wypowiadającym się, lecz i o środowisku.

Tym bardziej że, jak się dowiadujemy, dowody w sprawie nie były jednoznaczne. Komenda miał wiarygodne alibi. Wątpliwości powinno się więc potraktować ze szczególną pieczołowitością. Tymczasem sprawę zamieciono. Trzeba było kolejnych ośmiu lat, by skrupulatny policjant prowadzący sprawę innej osoby wyjawił w tym czasie oczywistą już prawdę: Komenda jest niewinny, nie jego ślady odnaleziono na miejscu zbrodni, nie znał zidentyfikowanego sprawcy (skazywanego wcześniej za gwałty), nie było go w miejscowości, gdzie popełniono zbrodnię.

Nie mam czystego sumienia. Po 1989 roku łudziłem się przez moment, że zmiany są tak głębokie, że trafią tam, gdzie zawsze panowała bezkarność. Określenia „zawsze” i „bezkarność” do pewnego stopnia oczywiście, bo jednak ten system to już nie czasy pierwszej połowy lat 50. XX wieku. Już przeorał go, pozytywnie, mój student z IPSiR dr Paweł Moczydłowski. W takim sensie „gdzie zawsze panowała bezkarność”, że dopóki masz trochę szczęścia i się „nie przekradniesz” (z ruskiej kultury, gdzie wiadomo, że „wszyscy” kradną, więc w systemie kradzież staje się częścią akceptowanego wynagrodzenia, byleś się „nie przekradł”. W Polsce odpowiada temu łagodniejsze, nieco zeuropeizowane: „jedz łyżeczką, nie chochlą”), to jest tam dla ciebie enklawa systemowej bezkarności.

Kiedy więc w 2001 roku odebrałem list od uwięzionego generalnego konserwatora zabytków – zarzuty „śmierdziały” na kilometr fałszem lub prowokacją – owszem, chyba trzykrotnie interweniowałem (niestety tylko „na gębę”) u minister sprawiedliwości, prosząc o objęcie sprawy osobistym nadzorem, ale uspokajałem się zapewnieniem, że pracują nad nią najlepsi, godni ministerialnego zaufania prokuratorzy. Czas płynął, człowiek siedział, ja ciągle zbierałem się do demonstracyjnych odwiedzin w areszcie. Ale nie odwiedziłem. Wyszedł.

Przed sądem obronił swą całkowitą niewinność. Wygrał odszkodowanie.

Myślę, pamiętając tamtą sytuację, że obok winy oczywistej dla uczciwego człowieka, którą ponoszą funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości, jest też wina milczenia obywateli. Dopóki jednak winni w sensie prawa nie zostaną pokazani i ukarani, to i obywatele nawet w obliczu jawnej grandy wyrywni nie będą. Jeśli czynniki dzisiaj odpowiedzialne nie zechcą tej sprawy do końca wyjaśnić, powinna ona znaleźć się w katalogu spraw do wyjaśnienia wtedy, gdy Polska na powrót, w sensie ustrojowym, stanie się państwem prawa. Ta akurat sprawa, w sensie tolerancji zła, przekracza partyjne podziały. Może być więc sprawdzianem wiarygodności nie tylko dla partii, która dzisiaj sprawuje władzę.

Promykiem satysfakcjonującej nadziei jest obecność w tej sprawie, jako pełnomocnika pokrzywdzonego pana Komendy, prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Kto pamięta okoliczności, w których przestał być ministrem sprawiedliwości, ten w pełni zrozumie tę nadzieję.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop