Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

10.04.2018
wtorek

Mamy wielką prawicę, skamlącą Platformę i pustkę w centrum

10 kwietnia 2018, wtorek,

Aż łaskocze, żeby przypomnieć słowa Bartoszewskiego o prawdzie – czy ona jest po środku czy tam, gdzie jest? Dzisiaj nie ma wątpliwości, kto zdominował polską politykę, systematycznie i konsekwentnie wymiatając wszystko, co na prawo. Lewica, choć w ostatnich tygodniach coś drgnęło, bieduje. Przez swoje rozbicie, ambicje liderów i liderek, deficyt autentyzmu. Są też poważniejsze przyczyny wynikające ze zmian struktury społecznej, ale dzisiaj akurat nie o tym, lecz o tym idiotycznym imperatywie podążania za znikającym polskim centrum.

Podwodzisławski las z zawieszonymi symbolami hitleryzmu, szubienice pod Urzędem Wojewódzkim w Katowicach, wcześniej Marsz Niepodległości, jeszcze wcześniej wprost niewyobrażalna tolerancja Kościoła wobec swego ówczesnego sługi Międlara, a przede wszystkim polski parlament z jego ustawodawstwem wobec spraw takich jak tzw. żołnierze wyklęci, IPN, WSI, ustawa o pieczy zastępczej (badanie seksualności rodziców zastępczych), wszystkie ustawy czyniące z kobiet przedmiot decyzji prawicowego, katolickiego pospólstwa… To wszystko czyni strategię podążania za centrum wspólniczką PiS.

Wystarczy jego radykalizm, by Polska szła tam, gdzie PiS chce, bo Platforma z polityki rozumie tyle, że trzeba zająć centrum, aby coś znaczyć. Centrum nie jest stałym punktem. Centrum jest tam, gdzie zaciągnie je czynnik dominujący. Nie ma wątpliwości, że dzisiaj to PiS. Który sam jest systematycznie spychany w coraz bardziej radykalne klimaty. Kościół, różni tacy – jak małżeństwo Elbanowskich, ruchy „za życiem”. Platforma nie rzuca nawet kotwic. Nie walczy o centrum. Walczy, by być w centrum. Dopóki ktoś wiarygodny nie powie „nie”, ten proces będzie trwał.

Bardzo dawno temu, nie za górami i lasami, lecz na mazowieckiej równinie, w samym jej centrum spierałem się z Unią o jej sens, strategię i taktykę. Unia Demokratyczna była partią inną niż pozostałe. Była misyjna. A wiadomo, jak to jest z misjami. Trzeba zawsze pozyskiwać innych, silniejszych, by cel misji choć częściowo zrealizować. W ogóle była to partia odmieńców. Poza karierami i kasą chodziło o coś jeszcze.

Unia Demokratyczna była partią przeraźliwie wąską. Ściśle inteligencką i to raczej z tych zawsze niepokornych inteligentów. Dziedziczących gdzieś w trzewiach legendę powstania styczniowego, choć i spierających się o sens tych wszystkich powstań, które zamiast zbliżać, oddalały Polaków od ich wielkich marzeń. Inteligentów karmiących się mitem II RP. Inteligentów, których serca zabite były w powstaniu warszawskim. I potem. Zasilonych wspaniałymi konwertytami z lewicy, którzy pamiętali getto ławkowe i inne „przyjemności” II RP. Szukających, często bez sensu, czegoś ludzkiego w komunie. Na szczęście do czasu. Poniżanych później poza wszelkie granice przez tę „komunę”. Dość osamotnionych społecznie. Wiem, co piszę, jako uczeń prof. Podgóreckiego. On tych uwikłań nie potrafił dostrzec. Osobiste doświadczenia były być może nazbyt traumatyczne. Każdy ma gdzie indziej granice. Ale mi ufał. Strasznie to niektórych bolało. Mnie też coś tam boli, ale nie epatuję, to osobiste rzeczy. Zwłaszcza gdy dzisiaj słyszę drzewienny głos polskiego premiera, o którego wiarygodności nie ma co mówić.

PRL okazała się równie okropna dla inteligencji. Ale nie dla milionów, może nawet dziesiątek milionów, którzy awansowali. Choćby przenosząc się ze wsi bez wygódki albo z wygódką za stodołą do miasta z łazienką, sraczykiem, kuchenką gazową, przychodnią dla dzieci za rogiem, lekarzem i szkołą. Można nie widzieć. Można opowiadać się za pełną reprywatyzacją. Zwłaszcza kiedy nie raportuje się na co dzień widowni, że budżet to nie skarbiec strzeżony przez wielkie psy o oczach jak miednice, lecz to, co tam włożymy.

Był rok 1968. Moczar. Korczyński. Początkowo i Jaruzelski, na szczęście dla niego dość szybko pojął. Marzec tak podobny do dzisiejszych „oficjalnych” czasów. IPN! Czym różni się, co do zasady, od partyzantów Moczara? Może gorszy? Wtedy nie za bardzo było wiadomo, kto jest kto. Moczar to Demko, agent Moskwy, którego Moskwa chyba w końcu odrzuciła. IPN na wskroś polski. Nie pisowski. Także platformerski.

Powiedzą: chcieliśmy dobrze. A tamci konwertyci chcieli źle?

Unia Demokratyczna to był świat ludzi naiwnych, ale uczciwych, marzących o braterstwie (stąd dopuszczany z czasem, kiedy było już słabiej, do mikrofonów na kodowskich wiecach kompromitująco bezskutecznie dopominałem się, by uzupełnić słowa „równość, wolność, demokracja” o skromne, ale najistotniejsze „braterstwo”). Przestałem. Przyjaciele pukali się w czoła. Liderzy woleli swoje. Mówiłem ple, ple. Ja to rozumiem. Polska. Żadnej synergii. Żadnej współpracy. Nawet pośród swoich.

Spierałem się więc z Unią Demokratyczną – piękną, fantastyczną – by nie szła za centrum, ale by chciała je tworzyć.

Ludziom uczciwym potrzebna jest nadzieja. Zwłaszcza gdy ją pogrzebali. W tamtych okolicznościach miało to sens. Nie chodziło o programowe centrum, choć akurat to może miałoby sens. Bo byłoby zakotwiczone. Platforma nie szuka programowego centrum. Ona szuka taktycznego centrum. Mazowiecki wciąż powtarzał: racja Unii jest polityką równego dystansu. Ale nie szedł drogą, którą wskazywał. Mazowiecki to Mazowiecki. Schetyna to Schetyna. I mamy wielką prawicę, skamlącą o łaskę Platformę i pustkę w… centrum.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop