Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

11.05.2018
piątek

Europa musi wziąć na siebie więcej odpowiedzialności

11 maja 2018, piątek,

Gdy zaczyna się wojnę, dobrze jest wiedzieć, jak zamierza się ją zakończyć. Co jest jej celem. Wojna to wojna, rzadko kiedy podporządkowuje się wcześniejszym scenariuszom. W demokracjach rządy powinny tłumaczyć, dlaczego idą na wojnę i co osiągnęły. Europejczycy dowiedzieli się w latach 1914-1918, jak nadzieje rozmijają się z rzeczywistością. Linie frontów nie miały znaczenia. Mylili się wszyscy. Z entuzjazmu pozostały stosy trupów i radziecka Rosja.

Paul Wolfowitz, główny strateg tzw. drugiej interwencji amerykańskiej w Iraku w 2003 roku, zapytany, kiedy wojska Amerykanów i sojuszników będą mogły opuścić kraj nad Tygrysem i Eufratem, odpowiedział: „Gdy demokracja rządzić będzie w Bagdadzie”. Już wtedy to zdanie powinno przesądzić o braku zgody na współudział. Pisałem o tym. Swoją drogą fundamentalnym krytykom SLD polecam refleksję: ciekaw jestem, czy dożyję partii, która akurat w Polsce rządzi i toleruje tak odległą jej bieżącej polityce opinię jednego z wiceprzewodniczących. Tusk i Kaczyński pozbywali się swych najbliższych współpracowników za nieco mniejszej wagi „winy”.

Wypowiedź Wolfowitza powinna więc przesądzić o braku zgody na współudział. Rzecz bardzo jest trudna, niejednoznaczna. USA były wtedy i do dzisiaj pozostają jedynym mocarstwem gwarantującym bezpieczeństwo. Nasze bezkrytyczne zaangażowanie w Iraku, wbrew części Europy, wbrew Niemcom, wbrew zasadom rodzimej międzynarodówki rządzącej wówczas w Polsce lewicy, wbrew zasadom Narodów Zjednoczonych (multilateryzm decyzji jako legitymacja zbrojnej interwencji), dało nam coś może nawet większego niż wiarygodność w oczach Amerykanów. Niestety, zawiesiło też, chyba po raz pierwszy, znak zapytania nad jakością naszych relacji z głównymi graczami Europy. Kiedy dzisiaj formułujemy pretensje do postawy Niemiec wobec Nordstreamu, dobrze i o tym pamiętać. Nie chciałbym siedzieć wtedy w fotelu prezydenta Kwaśniewskiego czy premiera Millera. Może należało wcześniej gadać. Z Niemcami, innymi partnerami w Europie, z Amerykanami. Może warto mieć własne rozeznanie i nie mieć oporów skorzystania z niego. W Iraku byliśmy kiedyś potęgą, zwłaszcza jeśli chodzi o wywiad. Nie wiem, czy te aktywa przetrwały 1991 rok. Nie znam się na tym. Nie pytam. Nie wiem też, czy jeśli aktywa nie przetrwały, rekompensata była ekwiwalentna.

Mamy za sobą doświadczenia Iraku i Afganistanu lat 90. i wiosnę arabską, która jedynie w Tunezji przyniosła jakiś w miarę pozytywny rezultat. Mamy akcje Zachodu w społeczeństwach kultur najbardziej demokracji odległych. Burzyć, współburzyć chcemy i potrafimy. Gorzej z tym, co potem. Kasa, która płynie do nas w ramach programów spójności, postawiłaby całą północną Afrykę w sytuacji niewyobrażalnie lepszej. Tymczasem burzymy tamte struktury, wyrosłe z ich kultury, oferując okruchy.

To wszystko już historia. Co dalej? Nie ma mocarstwa nad Stany Zjednoczone. Ale może są to już ostatnie dekady? Prezydentura Trumpa (kto wie, jaki będzie jej koniec?) wprowadza nas w czas nieokreśloności. Zdarzyć się może wszystko. Takie same okoliczności prowadzić mogą do skrajnie przeciwstawnych decyzji. Ameryka może też bardziej zająć się sobą, Europa ma inną tożsamość. Ameryka konsekwentnie obraca się ku Zachodowi w sensie kontynentalnym i międzykontynentalnym. Stosunki transpacyficzne stają się coraz istotniejsze. Europa coraz odleglejsza. Już dziś bez hiszpańskiego ciężko być politykiem na Zachodzie. Coraz więcej rozbieżnych Odmienność relacji społecznych. Wyraźniej słychać: zajmijmy się sobą, naszą półkulą nie tylko w odniesieniu do osi równoleżnikowej, ale i południkowej. Zadbajmy o siebie.

Przede wszystkim jednak ewolucja świata, przesuwanie się centrów rozwoju i nowe, prawdziwe potęgi: Chiny, Indie. Krzepnięcie wielkich ponadnarodowych związków.

Europa nie może być infantylna. Musi tworzyć silny związek, rozmywać granice wewnętrzne, demonstrować zewnętrzne, mieć europejską politykę zewnętrzną bez własnej zdolności obrony wszystkiego, co jej. Konkurować z Ameryką i pozostawać w relacji „po prośbie”.

Trudny moment. NATO zdało egzamin. Jest wartością. Ekonomiczna i technologiczna potęga Ameryki jest jego fundamentem. Ale Europa nie tylko jest inna, ale chce być inna. Na dłuższą metę musi więc wziąć na siebie więcej odpowiedzialności. Także w sferze obronnej.

Na tym tle trzeba widzieć polską bieżącą politykę. Nie ma nas w żadnej istotnej agendzie. Abdykowaliśmy z istotnej obecności wśród decydentów. Rozszerzyliśmy margines. Dla siebie. Ja piszę „Europa” i jest ona dla mnie moja. Oni, ci, którzy rządzą, mają ją za zewnętrzność. To i ona w końcu się z tym pogodzi.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop