Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego Emerytowany demokrata - Blog Andrzeja Celińskiego

14.05.2018
poniedziałek

Solidarność

14 maja 2018, poniedziałek,

Miał rację Lech Wałęsa, kiedy w 1990 roku postulował wstawienie sztandaru „Solidarności” do muzeum. „Solidarność” to historia dekady: zmiana paradygmatu polskiej polityki, precyzyjny rachunek możliwych korzyści i prawdopodobnych strat, staranna analiza sytuacji, empatia, świetni ludzie. Po przełomie 1980/1981, w latach stanu wojennego i później, narodził się mit wielkiego związku solidarnych ludzi niesionych dobrym klimatem nadzwyczajnego czasu, oświeconych nadzieją. Był to mit uratowany – o paradoksie! – niespełnieniem, czyli stanem wojennym, który nastąpił przed implozją „Solidarności”. I zanim wszystko, co w „Solidarności” było wspaniałe, a co w zderzeniu z rzeczywistością topniało, nie zamieniło się w proch.

Ten wielki mit to wyidealizowana pamięć ludzkiej solidarności. Chcieliśmy wierzyć, że w wielkich grupach społecznych i relacjach między nimi możliwe są braterstwo i wzajemna współodpowiedzialność, jak u Atosa, Portosa, Aramisa i d’Artagnana. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Pielęgniarki nie odchodzą od łóżek, hutnicy dla nich strajkują.

Była to – w istocie – nieprawda.

Owszem, były strajki solidarnościowe. Ich celem nie był jednak postulat zmiany kryteriów podziału dochodu narodowego. Może tylko gdzieś na marginesie, kiedy „płatnikiem” miała być władza, symboliczne drugie portki do garnituru ministra Cioska. Władza co do zasady obca. Narzucona. Moskiewska. Nie ubieram tego w cudzysłów, bo musiałby ten cudzysłów wszędzie być połowiczny, a nie wiadomo, gdzie jest granica między tymi połowami.

Wielu – nie wiem, jak wielu – ludziom zdawało się, że nie tylko nie był to „nasz” rząd, ale że był to tak obcy i wrogi rząd, że ukrywa ważne dobra. Przede wszystkim żywność. Złośliwie, bo nas nie lubi, i z wyrachowania, by nas sprowokować i oddać w łapy sowieckiej Rosji. Dobra, które słusznie nam się należą, rząd – złośliwie lub z wyrachowania – ukrywa. Ewentualnie wysyła na Wschód. A może przede wszystkim wysyła na Wschód.

Pamiętam tę wielką scenę w Hotelu Morskim we Wrzeszczu (siedziba władz krajowych i gdańskich NSZZ „Solidarność” i ówczesne miejsce posiedzeń Krajowej Komisji Porozumiewawczej) w trakcie konfliktu o wolne soboty i walki o lepsze zaopatrzenie (przełom 1980/1981), kiedy otrzymany w prezencie od japońskich związkowców ręczny kalkulator, wtedy o funkcjach jak w komputerze, liczył „na głos” ilość produkowanego w Polsce mięsa. Wyszło mu, że produkujemy tyle świniny, wołowiny, baraniny i innych, że moglibyśmy wyżywić (i to nie na kartki), gdyby uczciwie „rzucić” to mięso na rynek, nie 30, lecz 80 mln ludzi. Pamiętam biednego wicepremiera Janusza Obodowskiego, który nie był politykiem i poważnie traktował te bzdury. Przeliczał. I był bezradny. Jego arytmetyka nie była solidarnościowa, ruska ani polska. Była arytmetyką. A on był uczciwym człowiekiem. Tyle że nie po właściwej stronie.

Łatwo solidaryzować się z każdą protestującą grupą, której postulaty kierowane są do rządu, jeśli realizacja tych postulatów nie obciąża solidaryzujących się. Nie słyszałem w czasie tych 16 miesięcy, by którakolwiek z sekcji branżowych „Solidarności” wystąpiła z inicjatywą oddania jakiejś części zasobów reprezentowanych przez nią ludzi innej, gorzej sytuowanej i politycznie słabszej grupie.

Nie dziwię się. Uważam jedynie, że wiara, że „Solidarność” była tak bardzo wyjątkowo solidarna, jest mitem, a nie sprawozdaniem z tamtego czasu. Chcielibyśmy i chcieliśmy, by tak było. Ale tak nie było.

Przepraszam za ten wstęp. Reszta króciutka.

To, co od 28 dni dzieje się w Sejmie, to koniec moralnej legitymizacji PiS. Jeśli taka kiedykolwiek była. To koniec mitologii PiS. Koniec też wszystkiego, czym oni karmili zdezorientowanych Polaków widzących na co dzień hipsterskich „liberałów” spod znaków PO i Nowoczesnej, i czujących się obco. A więc i początek końca zadowolonych z siebie idiotów karmiących swych piwnych kolegów i koleżanki opowieścią o wodzie, która podnosząc się, podnosi wszystkie łodzie.

Te sejmowe krużganki i ludzie tam koczujący otwierają drzwi do nowego etapu polskiej polityki. Która będzie dla przyszłości. I która podejdzie ze zrozumieniem do procesów uzgadniania interesów. Ucierania stanowisk. Konsekwencji i związków wzniosłych słów z codziennym projektowaniem polityki.

Dobrze, że tam są. Choć dla mnie to niewyobrażalne. 28 dni bez własnego łóżka, ubikacji, kuchni, domu. Ja bym nie potrafił. Cieszę się, że nie wystąpiłem o odszkodowanie za wszystko, co komuna mi zabrała. Żołądek, dwunastnicę, rok.

Solidarność jest wtedy, gdy swoje oddajesz sprawiedliwie drugiemu. Kiedy oddajesz nieswoje – to satrapia albo uzurpacja. To nie jest solidarność.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop